piątek, 8 września 2017

Zapraszam w nowe miejsce


Zapraszam wszystkich Czytelników w nowe miejsce, gdzie będą się ukazywały teksty. Oczywiście z nieregularnością, z jakiej słynę :-)

Klikamy w link poniżej i internet przenosi nas do innego świata :-)

Skup Aut



niedziela, 4 czerwca 2017

Uwaga oszust!!! Opowieść o tym, jak ukradłem katalizator i cofnąłem licznik.

   Miałem nie pisać już o S-klasie, ale jednak napiszę. Przed chwilą podniosłem maskę, odpaliłem silnik i stwierdziłem, że o debilizmie ludzkim pisać warto i warto pisać dużo.




   Przyjechali marzyciele kupować za 14 tysięcy W220. Gienek i Zygmunt dotarli dzisiaj (niedziela) o 6:37 rano. Już około 6:40 dowołali mi od oszustów, a o 6:41 jechali z powrotem do domu (300 kilometrów i nawet mi ich troszkę nie jest szkoda). Ich problemem było to, że prawdopodobnie z tekstu informującego, iż "nie można wymagać stanu fabrycznego" umknęła im gdzieś partykuła przecząca.

Z punktu widzenia Zygmunta i Gienka (tak by to zapewne wyglądało)

   Uwaga na oszusta- handlarza sprzedającego S-klasę!!!! Przejechaliśmy ze szwagrem 300 kilometrów w jedną stronę, żeby zobaczyć złom na czterech kołach!!!! Auto brzydkie, do malowania doły drzwi i ranty błotników i nie wiadomo co jeszcze! Ma ryski i wgniotki!!!! Handlarz zakamuflowany, na sto procent kłamał przez telefon, że ma w garażu Mercedesa 124 Coupe i że lubi Mercedesy,  a tak naprawdę to ukradł katalizatory z S-klasy!!! Świeże spawy tam były!!! Złodziej katalizatorów!!! A silnik TRAJKOCZE!!!! My wiemy jak taki silnik chodzi !!! Taki silnik nie TRAJKOCZE, a ten TRAJKOTAŁ!!! O trzeciej w nocy musieliśmy wyjechać żeby stracić czas i pieniądze!!! Cofnął licznik!!! Sam powiedział, że cofnięty licznik, znaczy handlarz - złodziej katalizatorów i cofacz liczników!!!! Ostrzegamy - strata czasu i pieniędzy!!!




Widok z lotu ptaka (ale taki trochę subiektywny)



   Wczoraj (sobota) dzwoni do mnie jakiś gość i wypytuje o auto. Odpowiadam na pytania, ale mam wrażenie, że rozmówca nie słyszy moich słów, tylko w głowie układa mu się to, co chciałby usłyszeć. Podkreślam, że w lakierowanie i drobną kosmetykę trzeba włożyć około 1500 - 2000 złotych. Podkreślam kilka razy, że na zdjęciu nie widać mankamentów i opisuję je. Podkreślam też, że W220 kosztują od około 10 tysięcy złotych (złomy), do ponad 30 tysięcy za auta zadbane, najprawdopodobniej w bardzo dobrym stanie. Zaznaczam więc, że mój jest w cenie adekwatnej do stanu- nie jest złomem, ale nie jest też, broń boże, ideałem. Jest w miarę OK. W pewnym momencie mam wrażenie, że chłop po drugiej stronie załapał, co do niego rozmawiam. Umawiamy się na 7. rano w niedzielę.

6:37 - podeszli do auta. Obserwuję ich z okna i po kilku sekundach jestem pewien, że Mercedes zostaje jeszcze ze mną. Na twarzach podróżników widzę obrzydzenie i złość. Zaglądają pod auto i robią kroczek w tył, przyglądają się przodowi, po czym wracają do miejsca "zero" i robią dwa kroczki w tył.
Podchodzę. Słyszę dzień dobry. W ich języku brzmi to mniej więcej tak.

   - A katalizatory wycięte! Świeże spawy widać!
   - Nie wiem, nie zwróciłem na to uwagi. A są wycięte? - szczerze zdziwiony odpowiadam.
   - Mówię, że świeże spawy widać! - burknął bojowo młodszy.
   - Może ktoś wyciął. Auto ma pewnie z milion kilometrów przejechane, to je ktoś usunął.
   - A ile pan w ogóle masz to auto?
   - Przecież ja handluję autami - odpowiadam jeszcze spokojnie.
   - No i już wszystko jasne! Ile żeś pan powiedział, że ma przejechane?! - wywarczał koleś.
   - No chyba nie myślicie, że siedemnastoletnia S-klasa ma dwieście osiemdziesiąt tysięcy? To raczej oczywiste, że ktoś, kiedyś ulżył temu licznikowi.

I w tym momencie zdałem sobie sprawę, że w ich mózgach wszystko się już poukładało. Ja handlarz, ukradłem katalizatory i cofnąłem licznik z miliona kilometrów do standardowego PN/MB/S/280000.
Dalsze przekonywanie do czegokolwiek nie miało najmniejszego sensu.
6:39 - gość od niechcenia mówi, żebym otworzył maskę i zapalił silnik. Ja znudzony i podirytowany wizytą "znafcuf" robię to. Po kilku sekundach słyszę

   - Zgaś pan to, bo szkoda naszego czasu!
   - A co wam się w silniku nie podoba? - pytam zaciekawiony.
   - To złom, szkoda naszego czasu i drogi. Posłuchaj se pan jak trajkocze! - warknął spec.
   - Nie wiem, co macie do pracy silnika, bo chodzi normalnie, a przede wszystkim nie mam pojęcia, czego wy oczekujecie za takie pieniądze. Poszukajcie sobie za 25 - 30 tysięcy i miejcie wymagania, żeby było nowe - odpowiedziałem jeszcze spokojny.
   - Zmień pan opis, że pan złom sprzedajesz! Nie takie widzieliśmy i jeszcze tańsze były! I zmień pan opis i przyznaj się że licznik cofnięty i nie oszukuj pan ludzi!!! - dowołali mi i poszli w cholerę.

Komentarz (jak sprawy się mają w realu)

Katalizatory. Faktycznie - katalizator ktoś kiedyś wyciął (pierwszy jest na miejscu). Po rurze widać, że wycięto to nie teraz, a kilka lat temu (podrdzewiałe w mniejszym stopniu niż oryginalne odcinki wydechu). Mnie nie chciałoby się spojrzeć nawet na jakiś katalizator, a co dopiero go wycinać. Znam granice żenady  i staram się ich nie przekraczać.

Wygląd. Podkreślałem gościowi przez telefon, podając nawet kwoty, jakie trzeba dołożyć w lakierowanie, że auto lepiej wygląda na zdjęciu niż w realu i że całe doły drzwi i ranty błotników trzeba zrobić. Podkreślałem, ze stary lakier ma odpryski i ryski. Nie dotarło.

Przebieg. Rzeczywiście cofnąłem. Jestem przecież debilem bez mózgu i mimo zapisów w CEPIKu i żadnych korzyści z cofania licznika w starym aucie, wystawianym w dolnym przedziale cenowym, ja i tak to zrobiłem. Czuję po prostu taki ZEW!!! I muszę. Jak nie cofnę, tom chory i mam czkawkę.

Trajkotanie. Podszedłem przed chwilą do smutnego Mercedesa i odpaliłem silnik, by posłuchać "trajkotania". Silnik ładnie zapalił. Jedyne, co dało się usłyszeć, poza odgłosem całkiem żywego jeszcze 320CDI, to drżenie jednej z górnych osłon plastikowych. Dotknąłem palcem i ... cisza. Wyremontowałem trupa w sekundę! Kurde znawcy przyjechali...

Podsumowanie (nie lubię ludzi, którzy...)

Nie lubię ludzi, którzy nie słuchają. Nie lubię ludzi, którzy z definicji widzą w innych oszusta. Nie lubię ludzi, którzy mając budżet wystarczający na zakup C-klasy W203 w średnim stanie, celują w S-klasę W220 i wymagają stanu salonowo-wystawowo-idealnego. Dlatego nie jest mi szkoda, że zrobili sobie panowie wycieczkę na 600 kilometrów.

P.S.

Wczoraj przyjechał klient z miasta leżącego w podobnej odległości i kupił ST170. Tylko ten klient słuchał tego, co mu mówiłem przez telefon i nic go nie zaskoczyło. Do niczego się nie doczepił. Wszystko wiedział przed wyjazdem. Bo ten pan nie był głuchy i zdawał sobie też sprawę, że jak coś ma kilkanaście lat, to ... ma kilkanaście lat.

Fajne auto było, co stwierdzam po przejechaniu nim ponad tysiąca kilometrów.

Żegnaj Ford ;-(


wtorek, 14 lutego 2017

Jestem taki wspaniały, uczciwy ...

   Aby opowiedzieć zdarzenie z dnia wczorajszego (poniedziałek), muszę cofnąć się o 9 dni, do zeszłej niedzieli. Aby cofnąć się do zeszłej niedzieli, powinienem wspomnieć o zakupie sprzed kilku tygodni.
Zatem od początku... 
   Kilka tygodni temu pojechałem do miasta odległego o 100 km, by coś tam załatwić. Żeby zwróciło się paliwo, nagraliśmy sobie zakup samochodu typu Skoda, o odmianie Felicia, w wersji czarne blachy po dziadku. Mlada Bolesława postała trochę, ponieważ nie mieliśmy czasu jej umyć, zrobić przeglądu technicznego i kilku zdjęć. W końcu czas się znalazł i maszyna poszła w serwis ogłoszeniowy. Przebieg miała faktycznie mały, więc telefonów było dosyć dużo. 




   Szkoda gadać, jaka banda kretynów pytała o ten pojazd (wystawiony za całe 1999 zł). Mistrzem był Szerlok Holms, który tonem dociekliwego agresora, dociekliwie dociekał (w treści była wzmianka o nowej chłodnicy), dlaczego ta chłodnica została niedawno wymieniona (auto 1998 rok, więc dla posiadających odrobinę mózgu raczej sprawa jasna, że stara najprawdopodobniej się zestarzała i ze starości zgniła). Szerlok miał jednak na to inną teorię - podejrzewał wypadek, lub co najmniej stłuczkę. Na nic zdały się moje zapewnienia, że w trupie dwudziestoletnim rozbicie lampy przesądza o złomowaniu. Pan wiedział jednak lepiej. On był pewien, że kupiłem to auto BITE i je naprawiałem po wypadku! Jak sam stwierdził, wiele już kilometrów zrobił i dużo się aut naoglądał i nie chciałby z Alwerni do Żywca jechać, by zobaczyć powypadkową Skodę, w której ktoś zmienił chłodnicę, najwyraźniej z jakiegoś powodu. Starałem się go przekonać, by nie przyjeżdżał do mnie, bo ja go nie chcę tu widzieć, starałem się go przekonać również, że jeśli z takimi wymaganiami będzie jeździł po Polsce w poszukiwaniu auta za DWA CHOLERNE TYSIĄCE ZŁOTYCH, to wyda całą kasę na paliwo i już mu na auto nie zostanie. Kilkakrotnie poinformowałem go również, że mam w dupie, czy auto za dwa tysiące było bite i nawet na to nie patrzę, bo dla mnie taki samochód ma jechać, hamować i trzymać się "kupy". Byłem w rozmowie z tym panem wręcz chamski, ale chyba to go w jakiś sposób tylko nakręcało do przyjazdu. Powiedział mi zdecydowanym tonem, że on się na drugi dzień zjawi, tylko musi mieć numer VIN samochodu (JA KUR*A NIE ŻARTUJĘ!!!).
   Obiecałem mu więc, że jak tylko dotrę do dokumentów od Skody w nocy (miałem je przy sobie cały czas) niezwłocznie prześlę mu ów wiele mówiący VIN (ciekawi mnie, co on chciał z tym numerem zrobić. W ASO sprawdzić, czy serwisowane do końca? Czy przebieg nie cofnięty?).
Oczywiście nic mu nie wysłałem (auto serio było bezwypadkowe i poza pomazanymi farbką pęcherzykami na błotnikach nic mu nie brakowało). I oczywiście pan nie przyjechał. Do dzisiaj pewnie wspomina, jak to udało mu się nie wleźć na minę powypadkową, z cofniętym licznikiem, a jeszcze na dodatek od handlarza. Bo skoro zataiłem przed nim VIN, to musiało tam być nieźle "nasrane w papierach"...

Do rzeczy. 
   Postawiłem Felicię przy drodze z kartką "do sprzedania". Na drugi dzień zadzwoniła do mnie kobieta, która pracuje po sąsiedzku. Chciała zobaczyć Skodę, bo się jej Ford KA zdepodłużnicował.
Spotkaliśmy się, opowiedziałem jej, co wiedziałem o aucie. Starałem się podkreślać zalety, ale o wadach też jej napomknąłem (nie było ich za wiele). Coś tam stargowała i kupiła. To było 9 dni temu.

   Wczoraj telefon od niej. Zamarłem, kiedy zobaczyłem na wyświetlaczu "Felę CzarneBlachy Kupiła"...
Odebrałem. Pierwsze zdanie, wypowiedziane tonem z nutą pretensji sarkazmu sprawiło, że ciarki mi po plecach przeszły...
- Dzień dobry. Chciałam panu podziękować za uczciwość i nic więcej. 
Cisza...
- Byłam dzisiaj u mechanika sprawdzić sobie auto. Tyle panu powiem, że jak będę kiedyś zmieniać auto, to tylko u pana.
Uffff... zeszło ze mnie ciśnienie. Zapytałem
- Czyli wszystko w porządku, nie wyszły żadne niespodzianki?
- Nic, absolutnie! Jest wszystko tak, jak mi pan mówił i jeszcze raz panu dziękuję za uczciwość, bo to w dzisiejszych czasach rzadko spotykane. Chciałam tylko zadzwonić i panu chociaż przez telefon podziękować.
   Fajne uczucie. Miło się człowiekowi robi, kiedy sprzeda auto (pełnoletnie, jakby nie było) i usłyszy, że kupujący (kupująca, w tym przypadku) jest bardzo zadowolony(a). Wymieniliśmy uprzejmości i koniec. Rozmowa trwała 48 sekund, a sprawiła, że cały dzień był miły.

   Ale żeby nie było tak słodziutko, to na koniec wspomnę o zdarzeniu sprzed kilku tygodni.
Sprzedałem szczur gwint sześć garów etrzydzieścisześć LPG wykreślone z dowodu. Kupił to tatuś z synem. Syn się napalił, a tata był straszliwie przeciwny zakupowi. Ojciec (człowiek o obyciu kowboja) chciałby marzącemu o drifcie potomkowi kupić jakieś pachnące świeżym kapeluszem Lacetti, czy coś w tym stylu. BMW było umęczone (choć blacharkę miało OK), lecz do chłopaka nie docierało to nawet wtedy, kiedy wprost śmialiśmy się z auta w trakcie jego oględzin. Bo było z czego się śmiać. On chciał sobie je zrobić i miał wielką zajawkę na zabawę z tym czymś. Tata całą frustrację i agresję z powodu wyboru syna kierował w moją stronę. Czułem się, jakbym temu starszemu panu przed chwilą oznajmił, że jesteśmy parą z jego pociechą i nic nie stanie na przeszkodzie naszej miłości. 
Klienci sprawdzili auto na SKP i uznali, że skoro nie jest zgnite, to biorą.




Na drugi dzień...
Zestaw słów oryginalny. Przepraszam, można nie czytać dalej.
Odbieram nieznany mi numer i słyszę jednym ciągiem wypluty potok słów
- My kupili wczoraj auto tam kurwa woda w chłodnicy jest bo my nalali do butelki i zamarzło na polu a tak w ogóle to tam kurwa koła nie ma zapasowego więc słuchaj mnie palancie jebany bo ci dupę obsmaruję w internecie! Koło ma być! I piątka borygo ma być! Jasne?! Piątka borygo i koło zapasowe i nie będę powtarzał!
Piii, piii, piii... Rozłączył się

Jestem taki wspaniały ...   :-)   ha ha ha

P.S. Nigdy się po "piątkę borygo" nikt nie zajwił.

czwartek, 2 lutego 2017

Dajcie wodę święconą - handlorz po drugiej stronie!




Wystawiłem ogłoszenie na Punto. O godzinie 21:28 sms od kulturalnego kogoś:
"Witam. To Punto to Pana prywatny samochód zarejestrowany na Pana??" (pisow. oryg. - kocham powielanie znaków zapytania. Piszący doprecyzował pytanie tak, by odpowiadający musiał udzielić odpowiedzi jednoznacznie).

Równie grzecznie odpisuję:
"Szanowny Panie/Pani, niestety nie. Muszę zmartwić, ale jestem handlarzem. Pozdrawiam i życzę miłego wieczoru".
Spodziewałem się, że kulturalna osoba napisze coś w stylu "w takim razie dziękuję itp."
Niestety nie. Na słowo "handlarz" nawet u ludzi piszących "Pan" z wielkiej litery włącza się zagłuszacz uprzejmości. U niektórych budzi się agresja, atawizm, a niektórzy zamykają się w sobie. Zapewne, gdyby w telefonie była aplikacja "opluj gównem rozmówcę", do teraz drapałbym z twarzy kupę.
Nic mi nie odpisano. Zasmuciło mnie to niezmiernie i smutek przepełnia me serce. 





Dlaczego odpisałem na tego smsa, wiedząc że to nie jest klient na mój samochód?

1. Ponieważ ten ktoś zadzwoniłby do mnie dzisiaj w ciągu dnia, denerwowałby mnie swoim specyficznym głosem "fiaciorza" i zabierałby mi czas (zazwyczaj w chwili, kiedy nie mam czasu dzwoni taki "zawracacz dupy"). A tak mam spokój. Dowiedział się, że to Punto to rydwan szatana, że trzeba od niego z daleka, że klątwa itp.

2. Bo pomyślałem, że będzie kilka zdań do wrzucenia tutaj.

P.S. To jest takie "Wrzuć monetę". Proszę Was o klikniecie w linka obok i z góry dziękuję każdemu, kto kliknie ;-)   Skup Samochodów

wtorek, 24 stycznia 2017

Audi A6 C5 Quattro. Krótka historyjka o druciarzach busiarzach, reklamacji i zwrocie auta




Sprzedałem niedawno zielone A6 C5 Avant Quattro 2,5 tdi (trochę po sąsiedzku). Powtórzyłem kupującemu sto razy, że do wymiany jest filtr odmy i nawet mu to dużymi literami napisałem na fakturze. Debil mechanik w Grecji (auto tam "stacjonowało") rozwiązał problem odmy wiercąc w korku wlewu oleju dziurę.
Za dwa dni klient zadzwonił do mnie i wywarczał mi do słuchawki, że ten je&any złom stoi u mechanika w wiosce X i żebym sobie to gówno z padniętym motorem zabierał w tak zwane pizduuu.
Trochę byłem zaskoczony reakcją, szczególnie, że koleś kupił to auto za baaardzo niską cenę, więc nie miał co narzekać. Podjechałem więc do mechaników. Byli to spawacze, ratujący migomatami busy do przewozu ludzi.

Dygresja
NIGDY nie wsiądę do busa starszego niż rocznik bieżący! Po tym, co zobaczyłem na tym busowym SORze, mam dosyć. Te wszystkie sprzęty są tak przegniłe, że tam nie ma już do czego spawać! To wszystko jest tak drutowane, że można by po TVN dzwonić...
Nie piszę tego, powodowany jakąś chęcią odwetu. "Mechanicy" sami śmiali się z tego, co i jak naprawiają.

Do rzeczy
Specjaliści od "kaczek" i "lublinów" wyjaśnili mi, że to A6 to padlina, bo ma dziurę w korku, a odma jest drożna, bo se podmuchali do niej i jest drożna i ch&j! A tak w ogóle, to wtryski są na poxilinie założone i to jest złom. Takie tam i amen.
Nawet mi się z durniami nie chciało dyskutować. Zabrałem auto, oddałem kasę i Audi natychmiast pojechało na Mokrą do Krakowa, do Wojtka (taki mechanik, co raczej się na VAG zna).
Na drugi dzień dowiaduję się od niego, że
1. mam sobie zabrać auto w tak zwane pizduuu bo ... jest gotowe
2. silnik pracuje jak bardzo zdrowe 2,5 V6
3. silnik odpala na minus 20 po jednym obrocie wału :-)
4. pompa, wtryski i układ zasilania jest w idealnej kondycji (zapewne dzięki poxilinie)
5. zapchana była odma, którą trzeba było wymienić (nowość jakaś)
6. założył nowy korek oleju, w sterownikach nie ma błędów itd.


Tak szczerze powiedziawszy, bardzo się cieszę, że gość mi auto oddał (tak na serio, to była tylko moja dobra wola, że je przyjąłem, ponieważ o tej usterce został wielokrotnie poinformowany).
Po wymianie odmy A6 wystawiłem ponownie i było dostępne kilka godzin w ogłoszeniu. Sprzedało się, oczywiście, dużo lepiej niż wcześniej ;-)
P.S. Dobry mechanik, to podstawa! Wszyscy korzystający z transportu zbiorowego na Podbeskidziu - jesteście bezpieczni, w dobrych rękach i w dobrych sprzętach! Grunt to dobrze serwisować dobre busy, a wywieźć na złom złe Audi A6! Amen ;-)

P.S. 2 Układ tekstu się rozjechał. Nie wiem, o co chodzi. Sorry, ale nie potrafię tego poprawić. Reklamacji nie uwzględnia się!

PE ES NAJWAŻNIEJSZE!
Kto lubi to czytać - prośba o kliknięcie w linka poniżej :-) On się też rozjechał i jest trochę niżej poniżej ;-) Dziękuję
Skup Aut

sobota, 21 stycznia 2017

Kilka przestróg i przemyśleń na sobotę

Zdjęcie niezwiązane z tematem. Do sprzedania 1,4 16V, 2008r.


   Mówi mi znajomy, że w markecie wyczaił kartkę informującą o sprzedaży Lanosa z gazem. Podobno ładnego i zdrowego.
Biorę telefon i dzwonię. Pierwsze pytanie zadaję standardowe
- Witam, pan handluje, czy to prywatny samochód?
W słuchawce gruby głos tępego, podstarzałego jełopa- orangutana (tak właściwie, można było po pierwszym wyrazie podziękować, bo ... wiadomo)
- Eee, ygh, ten tego, no... yy prywatnie.
- Długo ma pan auto?
- Eeeee, no... ten... od zięcia wziołech... no... eee, niedawno, ale zięć pierszy właściciel - i ciągnie dalej - ałto ładne, zdrowe, zakonserwowane. Ino jeden błotnik w podkładzie, a tak to w orginale, w pierszym lakierze znaczy sie, szyby w prondzie, nic nie stuka, nic nie puka, ino lać i jeździć.
- Pan jest wpisany w dowodzie rejestracyjnym?
- No, e yy... mam umowę, co mi zienć podpisoł...
Tę rozmowę trzeba było szybko zakończyć, bo szkoda baterii w telefonie. Wiadomo, że żaden zięć nie istnieje, wiadomo, że handelek kupił na czystą umowę, podpicował pianką montażową i pcha parcha dalej.


Konkluzja
Jest popyt na auta nie od handlarzy, to handlarz się "odhandlarzowuje". Każdy chce z czegoś żyć. OK.

Dygresja
Ostatnio miałem wystawionych (na koncie niefirmowym) kilka specyficznych samochodów, w specyficznych cenach, o które dzwonili specyficzni ludzie. Każdy miał specyficzny zestaw pytań, zaczynający się od tego, czy to handel, czy osoba prywatna.
Odsiew telefoniczny - odpowiadam z dumą, że HANDEL i rozmowa trwa kilka sekund (najczęściej kończy się sygnałem przerwanego połączenia). Ja nie odrywam się nawet od swojej pracy.

Powrót do konkluzji
To, jakie ludzie łykają bajki i kupują od handlarzyków z umowami "in blanco" auta, zakupione dla żon, które nie chcą jeździć (bo auto za duże, za małe, za wysokie, za niskie), kupione na minutę przed tym, jak kupujący dowiedział się o wyjeździe za granicę na zawsze itp, jakie nieprawdopodobne brednie nabywcy chłoną,  przeraża.
Większość samochodów w necie wystawianych jest w celach zarobkowych i z tym się trzeba pogodzić.

Prawie żaden kupujący nie sprawdza zgodności danych osoby sprzedającej (ja sprawdzony zostałem KILKA razy w życiu).

Nie działa na poszukiwaczy to, że można bezpiecznie kupić samochód na fakturę, w istniejącej firmie, która bierze odpowiedzialność za sprzedawany towar. Lepiej kupić sportowe auto, które było nietrafionym prezentem na dzień babci. I wierzyć w te pierdoły...
Można potem sąsiadowi opowiedzieć, że ma się auto z historyjką, a nie zwykłe, kupione od handlarza, który z całą pewnością w ch&ja zrobił.
Problem się tylko pojawia w momencie, kiedy trzeba dochodzić swoich praw i nie ma za bardzo od kogo...

Teraz mała przestroga
Kilka razy w tygodniu odbieram telefony od ludzi, którzy szukają w ciemno w sieci, komu sprzedali samochód.
Scenariusz za każdym razem jest taki sam - pan handlarzyk odkupił auto i nie wpisał na umowie swoich danych. Obiecał, że do tygodnia dowiezie umowę z danymi nabywcy. Minął miesiąc, a pana nie ma. Zbliża się koniec OC...

SPRZEDAŻ KOMUKOLWIEK AUTA NA UMOWĘ "IN BLANCO" TO SKRAJNY DEBILIZM!!!

1. Nabywca wsiąka i nie wiadomo komu sprzedaliśmy pojazd.
2. Przychodzi termin płacenia OC i jak udowodnimy, że samochód sprzedaliśmy? Niby komu? Płacimy zatem sobie OC za coś, czego już nie mamy.
3. Kradzież paliwa na stacji benzynowej - komu sprzedaliśmy samochód? przecież nie posiadamy żadnego dowodu, że to nie my tankowaliśmy...
4. Zdjęcie z fotoradaru ...
i tak dalej.


Proponuję pomyśleć zanim się kupi, bądź sprzeda samochód. Niby prosta rzecz, a jednak konsekwencje prawne i finansowe mogą zaboleć. 

P.S.
Nie atakuję swojej profesji - atakuję nieuczciwe praktyki, pomijające płacenie podatków i wyłączające odpowiedzialność za sprzedawany towar. Tego typu "dorabianie" sobie psuje opinię nam  - handlarzom (prawie) uczciwym :-)

niedziela, 11 września 2016

Tigra 1,4 o głosie V8

   Z bólem serca pożegnaliśmy czerwoną Micrę. Pojechała do znajomego. Czyli nie mam już znajomego. Jego numer dodałem do blokowanych w telefonie... oczywiście na wypadek, gdyby chciał mi podziękować za ten wspaniały pojazd ...
   Miało być o Tigrze z dziurą w masce. Będzie, ale krótko, bo w międzyczasie Opel zdążył się sprzedać i już o nim zapomniałem. Tigra Opel jest samochodem, który mimo upływu lat nie zestarzał się aż tak bardzo. Jego nadwozie, obiektywnie można stwierdzić, jest dosyć ładne. I tu koniec "autoświatowego" bełkotu. W historii miałem do czynienia z wieloma Tigrami. Ostatnią kupiłem praktycznie bez oglądania. Stała w ciemnym garażu z podniesioną maską. Właściciel mi o niej (Tigrze, nie masce) opowiadał, a ja posłuchałem, przytaknąłem i kupiłem. Jakież było moje zdziwienie, gdy po zamknięciu klapy oczom mym ukazał się ten piękny ... OTWÓR.


   W jakim celu "konstruktor" wyciął kawał maski, pozaginał to, pospawał i wyszpachlował, a na końcu umieścił siatkę zapobiegającą wpadaniu pod maskę kur podczas szybkiego przelotu przez wioskę?
   No właśnie! Każdy powie, że bez celu, że wlot zapewne kieruje powietrze na obudowę rozrządu, albo na pokrywę zaworów po to, by błoto spod kół ciężarówek zachlapało cały zlany olejem silnik i zamaskowało wszelkie wycieki itp. Otóż tak nie jest... Domorosły tjuner skierował ten przepiękny otwór w stronę osadzonego na kolanku z rury kanalizacyjnej filtra stożkowego. Cel? To proste - by strumień rozpędzonego tlenu wpadał szybko i w dużych ilościach do komory spalania. Chyba jasne.
   A teraz najśmieszniejsze - efekt jaki to dało, o dziwo, był bardzo ciekawy. Samochód w trakcie przyspieszania brzmiał jak rasowe V8. Piszę na serio! Tak było. Wiem, bo miałem V8 i osiwiałem przy nim.
   Miałem się śmiać z tego auta, bo jak nie wyśmiać np. krzywo uspawanego bad looka (czy jak się to tam nazywa)? Połać blachy zakrywała z prawej strony żarówkę światła postojowego (oczywiście LED) w tuningowym reflektorze typu klir endżel ajs leksus luk. Z lewej żarówka była widoczna. Spawacz machnął się w obliczeniach... Jak się nie śmiać z wlewu paliwa rąbniętego z wahadłowca kosmicznego, z tylnych lamp endżel leksus klir luk ajs?

  A teraz serio - kiedy kupowałem tę Tigrę, nie chciało mi się nawet pod nią schylić, by zobaczyć podłogę. Właściciel zapewniał, że jest zdrowa, a ja mu chyba uwierzyłem. Albo zapomniałem sprawdzić. W ogłoszeniu OCZYWIŚCIE napisałem, że "ani grama rdzy, nic nie puka, nie kopci, nie bierze oleju, pracuje jak nowa, wygląda jak nowa"  i tak właściwie, to że jestem idiotą, bo chcę za fabrycznie nową Tigrę tylko trzy tysiące polskich nowych (czyli już starych) złotych.
   W odpowiedzi na ogłoszenie zadzwoniło kilku idiotów, którzy zjebali mnie, że chcę tak dużo za starego złoma i że "po tysiąć pińcet już chodzom takie Tigry". Jestem odporny na kretynów, więc któremuś tam zadałem pytanie, czy mu kaszka na śniadanie smakowała, innego zapytałem, czy w końcu udało mu się zdobyć abonament bez limitu i do wszystkich ogłaszających samochody tak napier^ala bez sensu, ale później (jak zawsze) stwierdziłem, że to i tak nie dociera do słuchacza, więc nie mówiłem już nic.
   W końcu zadzwoniła pani, która chciała się umówić na SKP by sprawdzić auto. Zapewniałem w ogłoszeniu, że nie jest zgnite, ale ona się nie znała i chciała  zweryfikować stan. Pełen obaw pojechałem na stację kontroli pojazdów. Byłoby trochę źle, gdyby taka igła się od spodu jednak rozkładała. 
   Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że Opel ma podwozie tak zdrowe, jakby dopiero z fabryki wyjechał. Smutek mnie ogarnął i pomyślałem sobie, tak po polsku, że można było za to cudo krzyczeć o tysiąc więcej...

Galeria Tigry 1.4 V8 na naszej stronie Skup Aut

   A tutaj inna Tigra, którą kupiłem kiedyś od znajomej. Auto było w stanie mocno zmęczonym. Spędziłem wiele godzin doprowadzając całość, a przede wszystkim skórę do stanu przynajmniej ładnego. To jedno z takich aut, przy których jestem dumny z efektu swojej pracy. Poniżej zdjęcia foteli po zakupie. Nie mam zdjęć samego auta w stanie brzydkim, ale fotele odzwierciedlają doskonale całość.





 Poniżej kilka zdjęć zrobionych w trakcie pracy nad tym dziadem






A teraz najlepsze - efekt prac. Zobaczcie, bo chyba to w miarę wyszło ;-)

Klikać tutaj w galerię  >>>  Skup Aut


To by było na dzisiaj tyle. Idę spać. Niebawem ukaże się coś znowu. Aż mnie korci, żeby napisać o fiaciorzach... To podstępne, paskudne typy. Zastanowię się ;-)



niedziela, 14 sierpnia 2016

Przegląd gratów do 4 tys. Micra z dziurą w dachu i Tigra z dziurą w masce. Część 1. K11

Dzień dobry,
zapewne ktoś pomyśli, że skoro pojawia się kolejny tekst, zapowiada się jakaś cykliczność. Nic bardziej mylnego. Najprawdopodobniej po kilku wpisach zamilknę znowu na jakieś lata. Chciałem powiedzieć, że ten blog żyje sobie swoim własnym życiem. To znaczy, nie piszę ciągle ponieważ uważam, że lanie wody w kółko na ten sam temat, po jakimś czasie staje się nudne. To co tu publikuję nudne było już po piątym wpisie, ale jakoś ciągle są wejścia na bloga, czasem nawet, o dziwo, bardzo dużo. Wnioskuję, że lubicie być nudzeni.
   Skoro zazwyczaj pisałem o złomach, dzisiaj będzie o nich również.

To jeden z moich ulubionych złomów. Jest mały, pocieszny, dosyć przyjemnie się go prowadzi, zazwyczaj gnije na potęgę. O jednym z nich pisałem tutaj. Tym razem w Katowicach udało nam się kupić czerwoną zarazę po lifcie, z dziurą w dachu.



   Micra stała sobie w Katowicach, w miejscu z którego można już nie wrócić w jednym kawałku.  Było ciemno. Wokół słychać było tylko bełkot i krzyki pijanych mieszkańców dobiegające z otwartych okien familoków. Mijający nas właśnie chwiejnym krokiem miły młody, bezwłosy człowiek zapytał kulturalnie, czy "chcemy wpie..e..e..erdol". Nie chcieliśmy, więc wiatr pognał go dalej do bajkowego pisuaru, który zamontowany był na drzwiach zaparkowanego nieopodal Lanosa. Po zakończeniu czynności fizjologicznych westchnął donośnie i podpierając się ręką najprawdopodobniej zaczął poszukiwania spłuczki (wspomniałem wcześniej, że był dobrze wychowany). W końcu zreflektował się jednak, że w WC-Lanos jest fotokomórka (woda więc spuści się sama) i pożeglował dalej miotany falami i wiatrem po całej szerokości chodnika.
  Po tej krótkiej przerwie, przeznaczonej na obserwację otoczenia i integrację środowiskową, czekając na przyjście właścicielki zaczęliśmy świecić latarkami i oglądać Micrę. Okazało się, że jest całkiem OK i nawet ma podłogę całą (rzadkość). Z okna na parterze wychylił się jakiś tubylec i zaczął nam (równie płynną mową, jak przechodzący przed chwilą opryskiwacz Lanosów) proponować sprzedaż Escorta w gazie.
   Na szczęście nadeszła w końcu właścicielka naszego czerwonego pudełka. Bardzo miła młoda kobieta, którą przygnało tu aż ze stolicy Bieszczad (wg KSU). Na początku patrzyła na nas z lekka dziwnie i podejrzliwie. Dopiero po chwili zrozumiała, że:

1. Nie chcemy jej pobić
2. Cała transakcja NIE będzie przebiegała w atmosferze powagi i smutku
3. To nie my nasikaliśmy na chodnik
4. Najprawdopodobniej wyniesiemy jej gruz z piwnicy

   Tak więc po dwudziestominutowej, zabawnej pogawędce przy samochodzie, ustaliliśmy cenę i usłyszeliśmy, że alufelgi z oponami letnimi znajdują się w piwnicy. Jeśli je chcemy, musimy się do nich dokopać. Ona nie ma zamiaru nawet patrzeć na to co tam jest. Kilka miesięcy temu remontowała mieszkanie, a nie mając gdzie wywieźć gruzu i starych mebli, wrzuciła to wszystko do owej piwnicy. Oczywiście nasze koła były tam zanim zagościła cała reszta, więc jak łatwo się domyślić, by do nich dotrzeć trzeba je było odkopać. To oczywiście wiązało się z wyniesieniem tony gruzu i śmieci, kilku szafek, kanapy, czyli z wybrudzeniem naszych wyjściowych, niedzielnych dresów i mokasynów. Fedrując gruz mogliśmy poczuć się jak prawdziwi górnicy - ciasna piwnica z cegły, słabe światło, pył i brud. Trudy jednak zostały nagrodzone i dotarliśmy do kół. Potem zostało już tylko przenieść ten gruz na wskazane przez właścicielkę miejsce (przecież bez sensu wkładać go do tej samej ciasnej komórki), zatargać cztery trzynastki do auta, palić grata i gnać z powrotem.
   Co udało się nam kupić ryzykując dostanie wpierdolu od autochtonów?

Cała galeria znajduje się na naszej stronie Skup Aut

Klikajcie w link powyżej - zobaczycie. Myślę, że warto było zaryzykować i odgruzować katowickie podziemia. Fajne auto. Do dopracowania parę drobiazgów, ale frajda z jazdy jest. Moja córka chce jeździć tylko "czerwonym z otwartym dachem", niczym innym. Deszcz nie przeszkadza - przecież, jak twierdzi Maria, można rozłożyć parasol ;-)

P. S. O Tigrze w następnym wpisie.


Informacja techniczna
 
Wiem, że są problemy z wyświetlaniem galerii na komórkach. Nie wiem czemu, bo u mnie na Eriksonie T28 śmiga, aż miło.
Tak serio (co to znaczy?) - nasz dział techniczny (ha ha ha) rozwiąże ten problem zaraz jak tylko zje rosół i kotleta z kapustą zasmażaną. Winą obarcza co prawda dział testów, ale rozpatrując to w kategoriach 0-1, ktoś dał d*py i Czytelnik na smartfonie g@wno widzi. Za zaistniałe niedogodności serdecznie przepraszamy,  obiecujemy niezwłocznie zająć się sprawą.


 
  


niedziela, 7 sierpnia 2016

Krótki wpis o Skodzie, której dali radę.

   Jakiś czas temu skontaktował się ze mną właściciel pewnej Skody F. Pan posiadał to auto od czterystu lat, wiedział o nim wszystko, znał jego wartość, nigdy go nie zawiodła i inne tego typu pierdoły. Jeśli chodzi o wady, nie było źle. Nie działało wspomaganie. Kierownicy, oczywiście. Miałem do przebycia kilkadziesiąt kilometrów, więc wypytałem właściciela dokładnie o stan auta. Wszystko brzmiało obiecująco.
   Fakt, że to cholerne wspomaganie elektryczno-hydrauliczne może nie być tanie w naprawie, ale warto zaryzykować (zawsze istnieje szansa, że problemem jest wiązka elektryczna, a wtedy koszty naprawy liczymy w groszach).
   Pojechałem za siódmą górę i którąś tam rzekę. Gugle maps złapało czkawkę i doprowadziło mnie troszkę nie tam, gdzie chciałem. Głodny milionów, które były do zarobienia, nie poddawałem się i wytrwale szukałem.


A jak się szuka, to się znajdzie... Znalazłem więc...  swój własny wydech leżący w błocie. Czasem jak się szuka, można też zgubić. Zgubiłem więc... moc. Auto po zapaleniu niezbyt chciało się już wkręcać na obroty. O tym później.

   Dotarłem na miejsce przeznaczenia. Wady samochodu wymienione przez posiadacza... no wspomniałem o tym wspomaganiu.
Na miejscu oczom mym ukazała się prawdziwa "igła". I pewnie bym o tym nawet nie chciał pisać, ale ...

I

AIR BAG
(fajna miedź zespalająca)


II

MASKA
(trzyma linię)


III

BŁOTNIK
(trzyma linię)


IV

PROGI
(ta bulwa na pierwszym zdjęciu, to wspawana blacha z puszki po sardynkach)


V

Silnik
(nie da się zrobić zdjęcia nieżycia. Po odpaleniu uszom mym ukazał się łomot łańcuszka rozrządu, wybijającego dziurę w obudowie oraz brak oznak życia na jednym cylindrze, czyli nieżycie tegoż.)

Właściciel był zdziwiony, że zauważam takie drobnostki i podnoszę je do rangi problemu wykluczającego zakup Fabii. On tak jeździł całe lata i problemu nie widział. Jak jebnął, to zadrutował i jeździł dalej, jak zgniło, ugniótł fragment z puszki po paprykarzu, Gienek spawnął i grało, jak silnik dostał czkawki, to na wyższych obrotach go trzymał i jakoś darł do przodu...
Jak się więc łatwo domyślić - auta nie kupiłem i pełen smutku udałem się w drogę powrotną.

   Odnośnie utraty mocy w "marzeniu Polaka sprzed piętnastu lat" - po przejechaniu kilku tysięcy kilometrów bez mocy (w początkowej fazie jazdy, po kilku kilometrach wracała, aż odeszła na zawsze) udało mi się rozwiązać problem. Samemu. bez udziału mechaników. Tak właściwie, to pomogło mi w tym doświadczenie sprzed dwudziestu lat. Otóż miałem kiedyś Golfa na gaźniku Pierburg 2E2 (czy jakoś tak). Jak się go naprawiało? Ktoś, kto miał do czynienia z tym gaźnikiem wie, że ma on w cholerę membran i wężyków podciśnieniowych. Coś się działo? Zaślepienie kolejnego wężyka śrubką rozwiązywało problem. Po jakimś czasie gaźnik ów wyglądał jak eksponat z Centrum Pompidou - korpus i pełno gumowych rurek zakończonych śrubkami. Funkcjonalność - bez zmian.
   Tym sposobem właśnie udało mi się przywrócić moc w ajm. Znalazłem jakiś siłownik, który nie trzymał podciśnienia, wypiąłem wężyk i wkręciłem śrubkę. Moc wróciła, a najwidoczniej ów siłownik nie był wcale potrzebny, bo auto jeździ bez niego jak wściekłe, rwąc asfalt swymi 115 końmi. Byle tak dalej do miliona km...

sobota, 12 września 2015

Mercedes W140 - 2300 kilogramów szczęścia

  Historia trochę zmyślona, trochę prawdziwa


Stan obecny. Nie mylić ze stanem sprzed roku ;-)
Biorąc pod uwagę, że prawie wszystkie wystawiane w PL na sprzedaż Mercedesy W140, niezależnie od tego czy kosztują 10 czy 60 tys. zł. to istne perełki, igiełki i inne akcesoria pasmanteryjne, postanowiłem "odiglić" przynajmniej jeden egzemplarz. Historyjka jest w jakimś stopniu prawdziwa, co najmniej od momentu zakupu przez X. A może cała?

   Właściciel nr 1 - Jurgen Rotschnitzel - posiadacz sieci restauracji w Niemczech. Zapłacił za auto kupę kasy, ale zapewne było go na nie stać. Chciał poruszać się czymś, co budzi powszechny respekt, a że do tego był patriotą, nie wchodziło w grę nic innego jak tylko Mercedes. Samochód był dla niego środkiem do przemieszczania się i niezbyt się nad nim rozczulał. Kiedy jego patriotyzm osłabł, nabył sobie Bentleya.

   Właściciel nr 2 - pochodzący z Gruzji, zarządzający siecią hamburskich domów publicznych Muchran Sramnagviazdę. Kupił, bo mu się marki nie mieściły w walizce. Większość kilometrów Muchran  nabił na odcinku praca - dom, czyli Reeperbahn - Schanzenviertel. Jeździł "esą" od listopada 1995 roku do marca 1997, kiedy to znaleziono go siedzącego na fotelu kierowcy z dość dużą dziurą w głowie. Żona szybko pozbyła się limuzyny, sprzedając ją za bezcen handlarzowi z kraju, który Kurdów nie lubi. Ten wysprzątał wnętrze z resztek głowy Gruzina i wystawił Mercedesa w swoim małym "Sklepie z Marzeniami".

   Właściciel nr 3 - Otto Normalverbraucher - jeździł gwiazdą do 2003 roku. Bardzo był z auta zadowolony, a jego radość sięgnęła zenitu, gdy pijany Rumun wjechał mu w tylny lewy błotnik, dopychając auto delikatnie do stojącej z przodu Vectry C . Otto już od jakiegoś czasu próbował sprzedać "esę". Do tamtego dnia bezskutecznie. Dalej historia jest bardzo typowa - samochód odkupiła firma ubezpieczeniowa, a od niej nabył go kumpel wspomnianego już kiedyś Kazka Szukaja - Jurek Cegła znany w środowisku bardziej jako "Przechuj", co dla niego szkoda całkowita nie istnieje. Polski przedsiębiorca powyciągał błotnik i co tam trzeba było, podrutował, uklepał, ulepił pomalował i sprzedał.

   Całkiem ładną furę kupił od niego gdański byznesmen, Janusz C, pseudonim "Machorka", działający w branży tytoniowej, a dokładnie zajmujący się (od niedawna) eksportem fajek tańszych niż 5 GBP. Słabo mu szło w biznesie - coś tam przechwycono, ktoś mu pogroził karalnie proponując przejażdżkę w bagażniku innej "esy" (tylko że z rocznika bieżącego). Z powodu licznych niepowodzeń zawodowych nie było szans na zakup wymarzonego Astona Martina, więc zamontował do "stocztedziestki" LPG (miał jeszcze trochę kasy, bo szarpnął się na wtryski Khein) i postanowił jeździć nią, aż j#bnie pompka od centralnego zamka.
   Zanim to się jednak stało, w Krakowie mu skrzynię uj#bało. Ot, taki rym się nawinął. A że nie miał kasy - samochód sprzedał na miejscu sprytnemu skupiarzowi (to nie byłem ja - ja nie jestem sprytny). Mercedesa, rzekomo w idealnym stanie (tylko ASB do naprawy), nabył nieświadomy właściciel nr 5 - marzyciel X, który zawsze śnił o W140. Po dwóch latach użytkowania chciałby jednak cofnąć czas i już nie śnić.   
   Naprawił skrzynię. Dwa razy! Pierwszy zakład okazał się być firmą widmo i skasował go 3 tys. zł. - za umycie skrzyni z zewnątrz. Po zamontowaniu okazało się, że nikt tej skrzyni nawet nie dotknął. Firma się zmyła, a przy okazji próby reklamacji wyszło, że pieczątka którą się posługiwali "mechanicy" należała do... zakładu fryzjerskiego. Następnym krokiem było zawiezienie skrzyni do Mysłowic i tam ją wyremontowano. Łączny koszt naprawy automatu (Vidal Sasoon - Wash&Disappear + Mysłowice) wyniósł około 8 tys. zł.
   Gdy można już było odetchnąć i poczuć się jak Sasza mknący stepami akermańskimi, pan X o mało nie skończył jak Dodi Al Fayed. Jak mu przy 200 km/h  pier#olnął łańcuch rozrządu, to aż silnik zgasł! Niemożliwe! To łańcuchy nie są wieczne?
   Łatwo się domyślić, że po tym "psikusie" M119 spod maski powędrował pod płot na wieczny spoczynek. Chciałem później ten silnik zabrać, ale X uparcie twierdził, że nie da - będzie stolik robił. Tak nawiasem mówiąc fajna sprawa taki mebel. "Kochanie zorganizuj pięciu sąsiadów, bo stoliczek trzeba pod ścianę przesunąć..."
   Szczęściarz kupił silnik z przebiegiem 50 tys. mil (nie podano mu tylko mnożnika), wymienił przy okazji kopułki, kable, świece, i trochę innego dziadostwa. Cała "przyjemność" kosztowała go wraz z wymianą około 10 tys. zł. Gość zrobił też wiązkę silnika, naprawił kupę innych rzeczy, powymieniał coś tam w zawieszeniu, nie sprawdził wyciągnięcia łańcucha, zepsuł klimę, zepsuł kupę innych rzeczy...
   Reasumując - Mercedes oraz zamiłowanie pana X do kontenerów z napisem "77777777" sprawiły, że kroki swe skierował do firmy " Pożyczki na dowód, bez zabezpieczeń, bez BIK, bez skrupułów". Wziął 8 tys. zł. na preferencyjnych warunkach w promocji dla posiadaczy V8. Po kilku miesiącach spłacił 10 tys. zł...  odsetek. Kapitał nadal odpowiadał jednak liczbie cylindrów.

   Teraz na scenę wchodzę ja - człowiek, który myślał że posiadanie i ogarnięcie Mercedesa W140 nie różni się zbyt mocno od posiadania i ogarniania choćby W124...  Ja - człowiek, który był w błędzie.

   Ten lepszy etap życia Mercedesa - w następnej części.


 
 

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Jedyny taki! German Gleba Gwint Kult Kazik! Igła! Rezerwacja! Sprzedany, sprzedany, sprzedany!














Skoro taki sprzedany, to po co te pierdoły poniżej?

Do sprzedania z bólem serca moje oczko w głowie, które robiłem pod siebie!
 
Stan idealny, 1721% bezwypadkowy (co najwyżej jakieś małe obcierki o ścianę przy wpadaniu bokiem z przedpokoju do sypialni).


Auto ekonomiczne - pali tylko 0,002 mm podeszwy na 100m.


Właścicielka twierdzi, że to Reno Megan, ale mi się wydaje, że Tesla, bo nie słychać wypadania zapłonów.


Jak widać na zdjęciach, użytkownikiem auta była osoba świadoma obecności motocykli wszędzie. Znalazła jeden (za pralką), ale cały czas jest czujna.


Auto było regularnie zalewane olejem Motul (
oczywiście nadsyntetyk 1W2, przeznaczony do silników turbopedestrialnych), tak zachwalanym przez zakamuflowanych speców od marketingu na każdym forum internetowym, że aż zapewniającym spokój ducha użytkownikom. Każdy kto go wleje ma bezcenną świadomość, że właśnie zrobił dobry (najlepszy) uczynek dla swojego pojazdu, że właśnie przedłuża mu życie o bliżej nieokreśloną nieskończoność, że musi  o tym napisać na forum,  że spada spalanie, cichną hałasy, szumią knieje i takie tam.

W całym okresie użytkowania zdarzyła się jedna awaria. Pęknięte koło na powierzchni styku z podłożem powodowało niepokojące trzaski w czasie jazdy. Zdecydowana interwencja właścicielki sprawiła, że ocierające o siebie fragmenty plastiku zostały podcięte w ASO nożem serwisowym i problem zniknął. Jest to oczywiście udokumentowane paragonem z Lewiatana na japoński nóż do niczego za 0,5PLN.

Samochód cichy, zadbany, od fana marki, czysty, nic nie stuka, nic nie puka, klima do nabicia w butelkę, szyby w prądzie, fotele w plastiku, wlazł kotek na płotek, polecam.





poniedziałek, 25 maja 2015

Wiem, że się uda!

   Narzekamy na beznadziejną pracę, brzydką pogodę, grypę czy ból gardła. Płaczemy, bo auto na którą wydaliśmy ciężko zaoszczędzone pieniądze miało być wspaniałe, a okazało się standardową, spolszczoną kupą złomu. Jest nam źle i ciągle znajdujemy powody do niezadowolenia. Taka nasza cecha narodowa. Wiadomo - każdy ma swoje problemy i odbiera je z własnego punktu widzenia. Kiedy jednak słyszy się historię taką jak poniżej, rozumiemy że tak naprawdę wielu z nas nie ma ŻADNYCH problemów...

Przeczytajcie i pomóżcie.





Julka - lat 10
   Jeszcze pięć miesięcy temu wesoła, wysportowana, zawsze uśmiechnięta dziewczynka.

Choroba
   8 Stycznia 2015, na kilka dni przed dziesiątymi urodzinami - pierwszy atak padaczki. Po wielu badaniach diagnoza - zapalenie mózgu Rasmussena. Rzadka, nie do końca zbadana choroba powodująca stopniowy zanik kory mózgowej. U Julki zaatakowała lewą półkulę mózgu odpowiedzialną m.in. za mówienie, myślenie oraz ruchy prawej ręki i nogi.
   Dzisiaj, po pięciu miesiącach Julka nie chodzi, porusza się na wózku inwalidzkim, nie jest w stanie utrzymać nawet kredki w rękach, mówi z coraz większym trudem. Afazja (w uproszczeniu - zanik mowy na skutek uszkodzenia mózgu) i niedowład prawej strony ciała postępują w zastraszającym tempie. Julka ma nawet kilkaset ataków padaczki dziennie. Dziewczynka jest świadoma tego, co się z nią dzieje. Obecnie przebywa w domu i przechodzi rehabilitację. Jej 4-letni braciszek Michałek nie chce chodzić do przedszkola, ponieważ boi się, że kiedy wróci do domu, siostry już nie zastanie.

Szanse
   Wyleczyć choroby się nie da. Rodzice szukali i szukają pomocy wszędzie. Jedyną szansą dla dziecka jest usuniecie jednej z półkul mózgu, tej zaatakowanej przez chorobę. Jest nadzieja, że to pozwoli jej przeżyć i w miarę normalnie żyć. Polscy neurochirurdzy podchodzą do tego bardzo sceptycznie i nikt z nich nie chce podjąć się wykonania operacji. Każą czekać, aż stan dziecka pogorszy się do tego stopnia, że resekcja nie wyrządzi jej już żadnej szkody. Tyle, że wtedy będzie za późno...
   Lekarze z Wielkiej Brytanii i Niemiec widzą jednak szanse w szybkim zabiegu - wykonywali już takie operacje i znają mnóstwo dzieci, które żyją i funkcjonują mimo tak drastycznego kroku jakim jest usunięcie półkuli mózgowej. Nie ma pewności, że się uda, ale jeśli jest choć iskierka nadziei - trzeba walczyć.

Leczenie dziewczynki może kosztować nawet milion złotych! Czasu jest bardzo niewiele, bo choroba postępuje w zastraszającym tempie! 

Proszę każdego, kto tylko przeczyta tekst o wpłatę na podane poniżej konto Caritasu (z dopiskiem Julia Kołodziej), proszę o udostępnianie informacji na fejsbukach i innych portalach. Musi się udać, nim będzie za późno. Pamiętajmy, że to co zrobimy w życiu dobrego, kiedyś do nas wróci.


Zbiórka pieniędzy na ratowanie Julki
Zbiórkę pieniędzy na leczenie Julki prowadzi CARITAS Archidiecezji Krakowskiej (ul. Michała Ossowskiego 5, 30-656 Kraków). 
Wpłaty można kierować na rachunek nr 58 8589 0006 0000 0011 1197 0001. Dopisek: Julia Kołodziej. 
Poniżej link do artykułu z Dziennika Polskiego

Za każdą przekazaną złotówkę - w imieniu Julki i jej rodziny dziękuję.


niedziela, 26 kwietnia 2015

Przebieg kwitnącej wiśni

Witam wszystkich wytrwałych!  (今日は)

Tak, żyję ;-)




   Chciałem pisać o czymś innym, ale w związku z tym, że ostatnio miałem przyjemność pooglądać i przejechać się autami sprowadzonymi z kraju sushi i skażenia radioaktywnego, naszły mnie pewne przemyślenia. Streszczę je tak:  masz dużo piniondzów - kup jangtajmera z Honsiu, opraw w ramkę certyfikat i zostań koneserem.
   Co rzuca się w oczy przeglądając oferty aut sprowadzonych/do sprowadzenia*(niepotrzebne skreślić) z Japan? Mowa tu oczywiście o jangtajmerach i innych ciekawych LHD. No rzuca się na siatkówkę znikoma ilość cyferek w przebiegu. Znikoma oznacza dla dwudziestopięcioletniego auta maksimum 90 - 120 tysięcy kilometrów, ale bywa i 40. Wszystko oczywiście jest potwierdzone odpowiednimi CERTYFIKATAMI. Tak, lubimy certyfikaty. Mam firmę, jestem skończonym złamasem, ale milion certyfikatów rzetelności sobie kupię i klienci patrzą na mnie jak na świętego.
   Miałem o tym pisać dawno temu, ale jakoś zapomniałem o tej rzeszy szczęśliwców, którzy za kilkadziesiąt tysięcy złotych nabywają cudeńka pachnące kontenerem i solą morską. Dzisiaj natomiast obejrzałem pięknego W124 coupe z przebiegiem 70 tysięcy japońskich kilometrów i postanowiłem wystukać parę zdań.
   Nie twierdzę, że w każdym przypadku liczniki są cofane. Japończycy są mali, to może i mało jeżdżą, dużo pracują, więc pewnie nie mają czasu nabijać kilometrów w swoich Mercedesach z patykiem w zderzaku. Ale mimo wszystko...

   Żyjemy w kraju oszustów, gdzie każdy każdego chce wy#ebać jeśli to tylko możliwe. To już wiemy. W wyborach głosujemy na tych, którzy wmówią nam najlepiej, że to właśnie oni, a nie inni powinni nas okradać przez kolejnych kilka lat. Jeśli kupimy jogurt jabłkowy (oryginał) w dyskoncie z uśmiechniętym szkodnikiem w logo, to ma on mniej jabłek niż też sam jogurt kupiony w sklepiku u pani Heni (chyba że pani Henia sama kupiła go w dyskoncie, bo było taniej niż w upadającej hurtowni - wtedy też mamy mniej jabłek, tylko drożej kosztuje). Przykłady można by mnożyć. Ja chciałem napisać kilka słów o tym, co od dłuższego czasu jest popularne i modne. Mam na myśli kupno starego samochodu sprowadzonego z Japonii, auta niemal bez przebiegu ale za to z oryginalnym certyfikatem potwierdzającym co tam chcemy.
   Jakiś czas temu zachwycony znajomy pokazywał mi swój nowy nabytek - W140 CL 600. Gość był niezwykle dumny z tego, że udało mu się trafić świeżo sprawdzone auto z przebiegiem dużo poniżej 100 tys.km. Obejrzałem. Samochód faktycznie ładny, ale licznik widział te kilometry raczej jakieś 10 lat temu. Kiedy powiedziałem co myślę, oburzony "koneser" zaczął mi wymachiwać papierkami, których za cholerę nie umiałem przeczytać. Z nich podobno wynikało, że jestem w błędzie.
   Jak zapewne niektórzy wiedzą z fejsbuka - też kupiłem sobie kiedyś W140. W kraju. Japonii mój Mercedes nie widział. Też mam już do niego certyfikat więc jak ktoś chce zrobić deal życia - zachęcam do kupna. Sąsiad się w życiu nie kapnie, że ściema. Co prawda mój certyfikat powstał w jakieś siedem minut (w pośpiechu zrobiłem nawet błąd w VINie) i nie jest to certyfikat eksportowy. Na zrobienie eksportowego szkoda mi już było czasu, ale w razie potrzeby to nie problem.


Czarno na białym - okazja!

   Stworzyłem też jakiś inny papierek potwierdzający przebieg - powstał ze znalezionego w sieci fragmentu instrukcji obsługi wzmacniacza gitarowego (w wersji językowej skośnej). Pieczątka jakiegoś biura podróży z Tokio oczywiście uwiarygodnia zapisy. Nie ważne, że taki papierek nie istnieje. U nas im jest ich więcej oraz im więcej na nich pieczątek - tym lepiej.


   Te magiczne dokumenty podniosły wartość mojej kupy żelastwa co najmniej o sto procent, bo przecież każdy rodak zna język japoński i przetłumaczy sobie z marszu te szlaczki. Dociekliwy zapewne będzie kontaktował się z japońskim Ministerstwem do Spraw Okazji Eksportowych.
Ogólnie rzecz ujmując - z całą pewnością przekręt wyjdzie na jaw. Przekręt? Jaki przekręt? Miałem na myśli, że prawda zostanie potwierdzona.


Udokumentowany przebieg 46909 km w momencie sprowadzenia. Wartość kolekcjonerska.


Dlaczego w przypadku eksportu aut z Japonii wietrzę spisek? Oglądałem kilka sztuk, będących już w posiadaniu szczęśliwych właścicieli. Każdy samochód miał jako załącznik papierki z wzorkami, z których poza VINem i przebiegiem gówno wynikało.

   Teraz dwa słowa o wspomnianym na początku W124 coupe, aucie któremu zegar zatrzymał się na siedemdziesiątce. Patrząc na mojego W124, (a mam tam na liczniku jakieś 290 tys. km. i zakładam, że nie jest to pierwsze 290 tys.) muszę przyznać, że egzemplarz którego ja mam zaszczyt "wrastać w ziemię" w garażu, powinien mieć przebieg minusowy. Bo mój w porównaniu do oglądanego dzisiaj, jest prawie jak nowy. A Japonii nie widział...
Ale dumni kolekcjonerzy są szczęśliwi. A przecież o to chodzi, by klient był zadowolony.



To nie z Japonii. To moja wersja niecertyfikowana, czyli gniot bez wartości kolekcjonerskiej.


   Wprowadzam nową usługę - sporządzanie certyfikatów z Japonii, Chin, Korei i pozostałych krajów, w których używa się niezrozumiałych literek. Wszystko będzie szło z jednego szablonu, ale zapewniam, że poświęcę na to tyle czasu, by oryginalność dokumentów była niepodważalna.

Mogę zrobić dokumenty nawet na Poloneza Trucka! Polak we wszystko uwierzy, byle wyczuł okazję. Łyknie nawet tekst, że Tigrą babcia jeździła. Serio, tak było ;-)

P.S. Niektóre auta z Japonii są naprawdę ładne. Takie też widziałem.


さようなら

środa, 9 lipca 2014

Niezbyt miłym językiem pisany tekst, pod tytułem "Odczepcie się od handlarzy"

Witam wszystkich po tradycyjnie długiej przerwie. Uważny obserwator zapewne zauważył, że czasem coś pojawia się TUTAJ.


Od "prywatnego". Niech go...



   Do napisania tego tekstu skłoniło mnie wkur#&@nie. Nie tak dawno temu poczytałem sobie trochę artykułów na temat tego, jacy handlarze są perfidni, jak cofają liczniki itd. Udało mi się znaleźć na ten temat milion publikacji np. w portalu motoryzacyjnym związanym z wupe peel. Ale nie tylko. To znaleźć można wszędzie!
   W umyśle Polaka rodzi się obraz handlarza - złego człowieka, który już jako małe dziecko wydłubywał misiom oczy, kradł kolegom w przedszkolu  Matchboxy i sprzedawał je chłopakom z podwórka za karbid ukradziony z budowy przez innego przyszłego sprzedawcę aut. " Handlarz cofnął...", "handlarz poskładał z dwóch..", "handlarz oszukał...".
   Nie bronię kombinatorstwa, ale chcę obiektywizmu! Ja wiem, że większość sprzedawanych w Polsce aut jest w posiadaniu handlarzy, wiem że masy chcą sobie poczytać tabloidowe tematy, masy się tym karmią, one tym żyją.
   Wiem też doskonale, że portale motoryzacyjne dostają niezłą kasę za reklamy, w tym reklamy dealerów i sprzedawców nowych aut. Nie szukam tu teorii spiskowych, choć wiadomo, że w ASO można kupić "pewne używane", z milionem certyfikatów i tym podobnych bzdurnych papierków.  
   Właśnie a'propos tego przypomniała mi się historia pewnej Skody Octavii, którą dealer Forda postanowił zreanimować w swojej blacharni i wystawić na sprzedaż jako bezwypadkową. Autobus tak wjechał w tył auta, że dotarł do przednich siedzeń. Długo męczyli ją blacharze i lakiernicy, a że prace zlecono praktykantom (w tym mojemu koledze) efekty były marne. Całość im nie wyszła do tego stopnia, że wspawany tył musieli wzmacniać kilometrami płaskownika i kątownika. 
   Bezwypadkowa Skoda sprzedała się szybko. Nowa właścicielka, kiedy dowiedziała się u mechanika co kupiła, przyjechała z pretensjami i chciała oddać auto. Handlowiec zrobił jej taką wodę z mózgu, że polubiła na nowo swoją Octavię, a w ramach rekompensaty zamontowano jej w samochodzie ... ALARM! "Pewne używane" ha, ha, ha...




   Handlarz jest dziki, handlarz jest zły, handlarz ma bardzo ostre kły... A jaki jest szanowany obywatel, który z handlarstwem nie ma nic wspólnego, a swoją wydzwonioną Toyotę, do której sam kupował połówkę z podłużnicami i ścianą grodziową sprzedał jako BEZWYPADKOWĄ? Zapomniał wspomnieć rodzince z niepełnosprawnym dzieckiem, która zjawiła się po swój wymarzony, nietani samochód (ponad 60 tys.zł), jak to zamiast ściany grodziowej do D4D manuala, załatwił ścianę z benzyniaka automata? Nie wspomniał jak się blacharz męczył, żeby wywiercić wszystkie otwory jak fabrycznie, żeby zamocować do czegoś pedały, dogrzewacz i tak dalej... Mógł się chociaż pochwalić, że wszyscy fachowcy mieli przykaz, że ma być jak oryginał i udało się im! Ach, ta amnezja... Toyotę zrobiono ładnie, a ludzie zapewne jeżdżą i chwalą sobie jakie to pewne auto kupili od pierwszego właściciela.
  A teraz - co mnie wku^wiło do tego stopnia, że siadłem i piszę? BMW. Tak BMW E39, ale nie moje. Wystawione do sprzedaży w Chrobrowcu (nazwę zmieniam na idiotyczną. Mimo wszystko brzydzę się donosicielstwem. Jakiś "dedektyw" i tak sobie znajdzie). Otóż mój sąsiad, ten sam o którym pisałem TUTAJ szuka auta. Sobie kupił jedenastoletnią "perełkę" z przebiegiem 80 tys.km. od drugiego właściciela (myślę, że ów drugi właściciel zdjął z zegarka jakieś 150-200 tys.km.), a teraz szuka Beemki dla syna. Był już oglądać E36 Coupe 328, wystawiane (nie przez handlarza) za kosmiczne pieniądze. Okazało się, że kupa złomu. Miało być bez wypadku, a wyszło co najwyżej bez skali na mierniku.
   Dzisiaj znalazł piękne E39 w Chrobrowcu. Musze przyznać, że ładnie się prezentuje. Sprzedaje właściciel, który auto posiada od czterech lat. Przebieg - tu cytat - "ORYGINALNY" 258 tys.km. Skoro nie handlarz, skoro oryginalny, skoro taki "PERFEKCYJNY", sam bym się przypalił na to 528. Pomyślałem sobie, że jeśli takie to auto zadbane, to pewnie gość rejestrował się na forum. I się nie pomyliłem! Poprzedni właściciel opisywał swój nowy nabytek, zamieszczał w 2009 roku piękne zdjęcia, a koledzy z forum wychwalali pod niebiosa piękno tego egzemplarza. Jednocześnie nie brakło wyrazów zdziwienia, że mimo przebiegu ponad 300 tys.km. wnętrze wygląda jak nowe! Nawet znalazła się wzmianka właściciela (z dnia 19 X 2009) o wizycie na hamowni i rewelacyjnych wynikach mimo przejechanych 310 tys km. A to był październik 2009 r!
   W styczniu 2010 roku forumowicz sprzedał 528, a nowy właściciel (ten sam, który teraz pozbywa się "perfekcyjnej" E39, po czterech latach użytkowania) też raz na jakiś czas coś na forum napisał. Nie podawał jednak przebiegu, a przynajmniej mi nie chciało się dalej bawić w detektywa. Znudziłem się tematem. Auto faktycznie może mieć 350 tys. może mieć 400 tys.km. albo i więcej.
   Tak naprawdę stan licznika, to jest nic jak na ten motor. Gdybym szukał dla siebie BMW i znałbym faktyczny przebieg nie przeraziłbym się. Ale dlaczego nikt nie trąbi "PRYWATNY WŁAŚCICIEL PIERDO#NĄŁ LICZNIK O BÓG WIE ILE? Cały świat uparł się, że cofa handlarz, że spawa z dwóch handlarz, że oszukuje handlarz. A ja znam wiele przykładów, że nie jest tak do końca. Podałem tylko kilka.

Pozdrawiam Was. Niebawem znowu coś się tu pewnie ukaże.

piątek, 18 kwietnia 2014

Najwygodniejsze Auto Świata

   Po przeczytaniu tytułu Czytelnik pomyśli zapewne, że w końcu napisałem coś o W124 Coupe. Nic bardziej mylnego. O tym będzie, ale jeszcze nie teraz. On jest, zaraz po starym 911 Najładniejszym Autem Świata, ale nie jest najwygodniejszym. Jaka więc maszyna zasługuje na ten prestiżowy tytuł? Nie chwaląc się (bo tak naprawdę, kto mnie zna, ten wie, że mam to w dupie) jeździło się różnymi furami. Od CC 700 "na chodzie" kupionym za sto peelenów, po jakieś tam A7, A8 i Esy warte kilka tysięcy takich Cinkłoczentów (nawet kiedyś, dawno temu mój chwilowy pracodawca z Pakistanu pozwolił mi odpalić prawie nowe Ferrari. Tak nawiasem mówiąc - szyby "kantowały" się przy zamykaniu. Złom.). Wszystko to nic. Teraz poruszam się Najwygodniejszym Autem Świata.
   Jakie cechy posiada to auto?
   Po pierwsze jest duże. Zawsze uwielbiałem duże auta. Coś tam podobno przedłużają facetowi, więc pewnie i w moim karłowatym przypadku tak jest.
   Po drugie jest w miarę mocne. Mogłoby być co prawda mocniejsze, ale 167KM i te 235 Nm (tyle było zapewne dawno temu) pozwalają całkiem sprawnie poruszać się i nawet wyprzedzić pod górkę autobus (oczywiście pod warunkiem, że przed manewrem przełączymy z LPG na benzynę - gaz coś nie wydala powyżej 4tys. obrotów)
   Po trzecie 3.0 V6 brzmi tak ładnie, że aż nie chce się włączać fabrycznego radia z miliardem przycisków, tysiącem głośników i automatycznie podnoszoną klapką. Co prawda poprzedni właściciel wymienił cały układ wydechowy i na samym jego końcu zamontowano tłumik z trabanta, ale tak fajnie to bulgocze, że wmówiłem sobie, że mi się podoba. Sam uwierzyłem, że z tyłu dudni jak amerykańskie V8.
   Po czwarte i najważniejsze - jeżdżąc po części zamienne do wszystkich moich szczurów zawsze unikałem ulicy Witosa w Krakowie. Mknąc tą przepiękną dwujezdniową arterią zawsze mam poczucie, że za moment popękają szyby, auto rozejdzie się na zgrzewach i odpadną koła. Ostatnio udałem się po jakieś graty moją nową limuzyną i o dziwo - nie zwróciłem wcale uwagi na to, że jadę właśnie odcinkiem testowym dla czołgów. Jak mówił kiedyś mój sąsiad po zakupie Nubiry - tym się płynie!
   Po piąte - koszt przejechania stu kilometrów jest nieco niższy niż w przypadku klekota 1.9 TDI.
   A po szóste - ostatnio tankuję sobie gasss, a tu przybiega jakiś pan i woła do mnie "o kurva jak ja dawno sześćsetpiątki nie widziałem!"

W dniu zakupu. W tym miejscu tkwił biedak całe lata. I jak tu napisać, że garażowany?


   No właśnie - ktoś mógłby pomyśleć, że piszę o IKSEMIE. Nie, tekst jest o moim nabytku sprzed miesiąca - Peugeocie 605. Kupiłem go od dziadka, który gdybym nie urwał w pewnym momencie rozmowy, być może do dzisiaj siedziałby ze mną w aucie i mi o nim opowiadał. Kupiłem to coś, traktując to jako stertę złomu, którą w razie czego wybiorę się w końcu na Wrak Race. Nie wybiorę się nim. Polubiłem go mimo podsufitki, która wisząc oblepiała mi głowę, mimo pękniętej przedniej szyby i braku przeglądu technicznego (od dwóch lat), mimo "fachowych" napraw po przygodach starszego pana (najlepsza jest "wpyłka" na rogu maski - w nocy jej nie widać).
   Wymieniłem szybę, tapicer zrobił podsufitkę, ustawiłem geometrię, zrobiłem badanie techniczne (przeszedł bez zastrzeżeń) i wystawiłem "Sześćsetpięć"do sprzedania. Rzadko się zdarza, że kiedy nie ma zainteresowania jakimś samochodem, ja się cieszę. W tym przypadku - zainteresowanie niemal zerowe - mam to serdecznie w dupie.  To znaczy był gość, który chciał się zamienić za Hondę Civic Coupe z Alamugenem. Zawsze o takiej marzyłem. Najbardziej lubię wszelkie Alamugeny i Ultery z wkładkami i bez wkładek. Jeszcze jeden pan, z akcentem kresowym, pytał czy tam pod kierunkowskazem jest WGNIOTKA. Mimo tego, że nie zaspokoiłem jego ciekawości (chamsko odpowiedziałem mu, że nie wiem i zwisa mi, czy w dwudziestoletnim aucie jest "wgniotka"), miał przyjechać (nawet umówił się na dzień i godzinę) ale słuch po nim zaginął. W każdym razie zainteresowania nie ma, a ja se jeżdżę i se chwalę. I to cholerstwo jeszcze się nawet nie zepsuło. A podobno takie awaryjne.

Widok na "wpyłkę" z lotu ptaka (lądującego)

Wnętrze jak w starym Airbusie (zdjęcie robione komórką, więc pięciuset słabiej podświetlonych przycisków nie widać)

Po zdjęciu plastikowej osłony oczom naszym ukazuje się plątanina kabli. Ja szukałem tam dwóch Aisanów. Pół godziny szukałem też miarki oleju.
Standardowe pytanie - po co ten tekst? Muszę się komuś wygadać! Kiedy podniecam się opowiadając znajomym czym aktualnie jeżdżę, część z nich nie wie o jakim aucie mówię, a ci co wiedzą patrzą na mnie jak na eksperta Antoniego ... Mało kto potrafi docenić starą francuską myśl techniczną ;-) , a prawda jest taka, że samochody z tamtych lat, mimo tego że nie zawsze urzekają urodą, coś w sobie mają. Peugeot 605 ma w sobie na pewno WYGODĘ.

Reasumując - jest ZA###ISTY!

P.S. Do auta dostałem koła zimowe z oponami Michelin z ... końcówki 1993 roku!!! Chyba od nowości ...












Najwygodniejsze Fotele Świata i ... te przyciski...