wtorek, 14 lutego 2017

Jestem taki wspaniały, uczciwy ...

   Aby opowiedzieć zdarzenie z dnia wczorajszego (poniedziałek), muszę cofnąć się o 9 dni, do zeszłej niedzieli. Aby cofnąć się do zeszłej niedzieli, powinienem wspomnieć o zakupie sprzed kilku tygodni.
Zatem od początku... 
   Kilka tygodni temu pojechałem do miasta odległego o 100 km, by coś tam załatwić. Żeby zwróciło się paliwo, nagraliśmy sobie zakup samochodu typu Skoda, o odmianie Felicia, w wersji czarne blachy po dziadku. Mlada Bolesława postała trochę, ponieważ nie mieliśmy czasu jej umyć, zrobić przeglądu technicznego i kilku zdjęć. W końcu czas się znalazł i maszyna poszła w serwis ogłoszeniowy. Przebieg miała faktycznie mały, więc telefonów było dosyć dużo. 




   Szkoda gadać, jaka banda kretynów pytała o ten pojazd (wystawiony za całe 1999 zł). Mistrzem był Szerlok Holms, który tonem dociekliwego agresora, dociekliwie dociekał (w treści była wzmianka o nowej chłodnicy), dlaczego ta chłodnica została niedawno wymieniona (auto 1998 rok, więc dla posiadających odrobinę mózgu raczej sprawa jasna, że stara najprawdopodobniej się zestarzała i ze starości zgniła). Szerlok miał jednak na to inną teorię - podejrzewał wypadek, lub co najmniej stłuczkę. Na nic zdały się moje zapewnienia, że w trupie dwudziestoletnim rozbicie lampy przesądza o złomowaniu. Pan wiedział jednak lepiej. On był pewien, że kupiłem to auto BITE i je naprawiałem po wypadku! Jak sam stwierdził, wiele już kilometrów zrobił i dużo się aut naoglądał i nie chciałby z Alwerni do Żywca jechać, by zobaczyć powypadkową Skodę, w której ktoś zmienił chłodnicę, najwyraźniej z jakiegoś powodu. Starałem się go przekonać, by nie przyjeżdżał do mnie, bo ja go nie chcę tu widzieć, starałem się go przekonać również, że jeśli z takimi wymaganiami będzie jeździł po Polsce w poszukiwaniu auta za DWA CHOLERNE TYSIĄCE ZŁOTYCH, to wyda całą kasę na paliwo i już mu na auto nie zostanie. Kilkakrotnie poinformowałem go również, że mam w dupie, czy auto za dwa tysiące było bite i nawet na to nie patrzę, bo dla mnie taki samochód ma jechać, hamować i trzymać się "kupy". Byłem w rozmowie z tym panem wręcz chamski, ale chyba to go w jakiś sposób tylko nakręcało do przyjazdu. Powiedział mi zdecydowanym tonem, że on się na drugi dzień zjawi, tylko musi mieć numer VIN samochodu (JA KUR*A NIE ŻARTUJĘ!!!).
   Obiecałem mu więc, że jak tylko dotrę do dokumentów od Skody w nocy (miałem je przy sobie cały czas) niezwłocznie prześlę mu ów wiele mówiący VIN (ciekawi mnie, co on chciał z tym numerem zrobić. W ASO sprawdzić, czy serwisowane do końca? Czy przebieg nie cofnięty?).
Oczywiście nic mu nie wysłałem (auto serio było bezwypadkowe i poza pomazanymi farbką pęcherzykami na błotnikach nic mu nie brakowało). I oczywiście pan nie przyjechał. Do dzisiaj pewnie wspomina, jak to udało mu się nie wleźć na minę powypadkową, z cofniętym licznikiem, a jeszcze na dodatek od handlarza. Bo skoro zataiłem przed nim VIN, to musiało tam być nieźle "nasrane w papierach"...

Do rzeczy. 
   Postawiłem Felicię przy drodze z kartką "do sprzedania". Na drugi dzień zadzwoniła do mnie kobieta, która pracuje po sąsiedzku. Chciała zobaczyć Skodę, bo się jej Ford KA zdepodłużnicował.
Spotkaliśmy się, opowiedziałem jej, co wiedziałem o aucie. Starałem się podkreślać zalety, ale o wadach też jej napomknąłem (nie było ich za wiele). Coś tam stargowała i kupiła. To było 9 dni temu.

   Wczoraj telefon od niej. Zamarłem, kiedy zobaczyłem na wyświetlaczu "Felę CzarneBlachy Kupiła"...
Odebrałem. Pierwsze zdanie, wypowiedziane tonem z nutą pretensji sarkazmu sprawiło, że ciarki mi po plecach przeszły...
- Dzień dobry. Chciałam panu podziękować za uczciwość i nic więcej. 
Cisza...
- Byłam dzisiaj u mechanika sprawdzić sobie auto. Tyle panu powiem, że jak będę kiedyś zmieniać auto, to tylko u pana.
Uffff... zeszło ze mnie ciśnienie. Zapytałem
- Czyli wszystko w porządku, nie wyszły żadne niespodzianki?
- Nic, absolutnie! Jest wszystko tak, jak mi pan mówił i jeszcze raz panu dziękuję za uczciwość, bo to w dzisiejszych czasach rzadko spotykane. Chciałam tylko zadzwonić i panu chociaż przez telefon podziękować.
   Fajne uczucie. Miło się człowiekowi robi, kiedy sprzeda auto (pełnoletnie, jakby nie było) i usłyszy, że kupujący (kupująca, w tym przypadku) jest bardzo zadowolony(a). Wymieniliśmy uprzejmości i koniec. Rozmowa trwała 48 sekund, a sprawiła, że cały dzień był miły.

   Ale żeby nie było tak słodziutko, to na koniec wspomnę o zdarzeniu sprzed kilku tygodni.
Sprzedałem szczur gwint sześć garów etrzydzieścisześć LPG wykreślone z dowodu. Kupił to tatuś z synem. Syn się napalił, a tata był straszliwie przeciwny zakupowi. Ojciec (człowiek o obyciu kowboja) chciałby marzącemu o drifcie potomkowi kupić jakieś pachnące świeżym kapeluszem Lacetti, czy coś w tym stylu. BMW było umęczone (choć blacharkę miało OK), lecz do chłopaka nie docierało to nawet wtedy, kiedy wprost śmialiśmy się z auta w trakcie jego oględzin. Bo było z czego się śmiać. On chciał sobie je zrobić i miał wielką zajawkę na zabawę z tym czymś. Tata całą frustrację i agresję z powodu wyboru syna kierował w moją stronę. Czułem się, jakbym temu starszemu panu przed chwilą oznajmił, że jesteśmy parą z jego pociechą i nic nie stanie na przeszkodzie naszej miłości. 
Klienci sprawdzili auto na SKP i uznali, że skoro nie jest zgnite, to biorą.




Na drugi dzień...
Zestaw słów oryginalny. Przepraszam, można nie czytać dalej.
Odbieram nieznany mi numer i słyszę jednym ciągiem wypluty potok słów
- My kupili wczoraj auto tam kurwa woda w chłodnicy jest bo my nalali do butelki i zamarzło na polu a tak w ogóle to tam kurwa koła nie ma zapasowego więc słuchaj mnie palancie jebany bo ci dupę obsmaruję w internecie! Koło ma być! I piątka borygo ma być! Jasne?! Piątka borygo i koło zapasowe i nie będę powtarzał!
Piii, piii, piii... Rozłączył się

Jestem taki wspaniały ...   :-)   ha ha ha

P.S. Nigdy się po "piątkę borygo" nikt nie zajwił.

czwartek, 2 lutego 2017

Dajcie wodę święconą - handlorz po drugiej stronie!




Wystawiłem ogłoszenie na Punto. O godzinie 21:28 sms od kulturalnego kogoś:
"Witam. To Punto to Pana prywatny samochód zarejestrowany na Pana??" (pisow. oryg. - kocham powielanie znaków zapytania. Piszący doprecyzował pytanie tak, by odpowiadający musiał udzielić odpowiedzi jednoznacznie).

Równie grzecznie odpisuję:
"Szanowny Panie/Pani, niestety nie. Muszę zmartwić, ale jestem handlarzem. Pozdrawiam i życzę miłego wieczoru".
Spodziewałem się, że kulturalna osoba napisze coś w stylu "w takim razie dziękuję itp."
Niestety nie. Na słowo "handlarz" nawet u ludzi piszących "Pan" z wielkiej litery włącza się zagłuszacz uprzejmości. U niektórych budzi się agresja, atawizm, a niektórzy zamykają się w sobie. Zapewne, gdyby w telefonie była aplikacja "opluj gównem rozmówcę", do teraz drapałbym z twarzy kupę.
Nic mi nie odpisano. Zasmuciło mnie to niezmiernie i smutek przepełnia me serce. 





Dlaczego odpisałem na tego smsa, wiedząc że to nie jest klient na mój samochód?

1. Ponieważ ten ktoś zadzwoniłby do mnie dzisiaj w ciągu dnia, denerwowałby mnie swoim specyficznym głosem "fiaciorza" i zabierałby mi czas (zazwyczaj w chwili, kiedy nie mam czasu dzwoni taki "zawracacz dupy"). A tak mam spokój. Dowiedział się, że to Punto to rydwan szatana, że trzeba od niego z daleka, że klątwa itp.

2. Bo pomyślałem, że będzie kilka zdań do wrzucenia tutaj.

P.S. To jest takie "Wrzuć monetę". Proszę Was o klikniecie w linka obok i z góry dziękuję każdemu, kto kliknie ;-)   Skup Samochodów

wtorek, 24 stycznia 2017

Audi A6 C5 Quattro. Krótka historyjka o druciarzach busiarzach, reklamacji i zwrocie auta




Sprzedałem niedawno zielone A6 C5 Avant Quattro 2,5 tdi (trochę po sąsiedzku). Powtórzyłem kupującemu sto razy, że do wymiany jest filtr odmy i nawet mu to dużymi literami napisałem na fakturze. Debil mechanik w Grecji (auto tam "stacjonowało") rozwiązał problem odmy wiercąc w korku wlewu oleju dziurę.
Za dwa dni klient zadzwonił do mnie i wywarczał mi do słuchawki, że ten je&any złom stoi u mechanika w wiosce X i żebym sobie to gówno z padniętym motorem zabierał w tak zwane pizduuu.
Trochę byłem zaskoczony reakcją, szczególnie, że koleś kupił to auto za baaardzo niską cenę, więc nie miał co narzekać. Podjechałem więc do mechaników. Byli to spawacze, ratujący migomatami busy do przewozu ludzi.

Dygresja
NIGDY nie wsiądę do busa starszego niż rocznik bieżący! Po tym, co zobaczyłem na tym busowym SORze, mam dosyć. Te wszystkie sprzęty są tak przegniłe, że tam nie ma już do czego spawać! To wszystko jest tak drutowane, że można by po TVN dzwonić...
Nie piszę tego, powodowany jakąś chęcią odwetu. "Mechanicy" sami śmiali się z tego, co i jak naprawiają.

Do rzeczy
Specjaliści od "kaczek" i "lublinów" wyjaśnili mi, że to A6 to padlina, bo ma dziurę w korku, a odma jest drożna, bo se podmuchali do niej i jest drożna i ch&j! A tak w ogóle, to wtryski są na poxilinie założone i to jest złom. Takie tam i amen.
Nawet mi się z durniami nie chciało dyskutować. Zabrałem auto, oddałem kasę i Audi natychmiast pojechało na Mokrą do Krakowa, do Wojtka (taki mechanik, co raczej się na VAG zna).
Na drugi dzień dowiaduję się od niego, że
1. mam sobie zabrać auto w tak zwane pizduuu bo ... jest gotowe
2. silnik pracuje jak bardzo zdrowe 2,5 V6
3. silnik odpala na minus 20 po jednym obrocie wału :-)
4. pompa, wtryski i układ zasilania jest w idealnej kondycji (zapewne dzięki poxilinie)
5. zapchana była odma, którą trzeba było wymienić (nowość jakaś)
6. założył nowy korek oleju, w sterownikach nie ma błędów itd.


Tak szczerze powiedziawszy, bardzo się cieszę, że gość mi auto oddał (tak na serio, to była tylko moja dobra wola, że je przyjąłem, ponieważ o tej usterce został wielokrotnie poinformowany).
Po wymianie odmy A6 wystawiłem ponownie i było dostępne kilka godzin w ogłoszeniu. Sprzedało się, oczywiście, dużo lepiej niż wcześniej ;-)
P.S. Dobry mechanik, to podstawa! Wszyscy korzystający z transportu zbiorowego na Podbeskidziu - jesteście bezpieczni, w dobrych rękach i w dobrych sprzętach! Grunt to dobrze serwisować dobre busy, a wywieźć na złom złe Audi A6! Amen ;-)

P.S. 2 Układ tekstu się rozjechał. Nie wiem, o co chodzi. Sorry, ale nie potrafię tego poprawić. Reklamacji nie uwzględnia się!

PE ES NAJWAŻNIEJSZE!
Kto lubi to czytać - prośba o kliknięcie w linka poniżej :-) On się też rozjechał i jest trochę niżej poniżej ;-) Dziękuję
Skup Aut

sobota, 21 stycznia 2017

Kilka przestróg i przemyśleń na sobotę

Zdjęcie niezwiązane z tematem. Do sprzedania 1,4 16V, 2008r.


   Mówi mi znajomy, że w markecie wyczaił kartkę informującą o sprzedaży Lanosa z gazem. Podobno ładnego i zdrowego.
Biorę telefon i dzwonię. Pierwsze pytanie zadaję standardowe
- Witam, pan handluje, czy to prywatny samochód?
W słuchawce gruby głos tępego, podstarzałego jełopa- orangutana (tak właściwie, można było po pierwszym wyrazie podziękować, bo ... wiadomo)
- Eee, ygh, ten tego, no... yy prywatnie.
- Długo ma pan auto?
- Eeeee, no... ten... od zięcia wziołech... no... eee, niedawno, ale zięć pierszy właściciel - i ciągnie dalej - ałto ładne, zdrowe, zakonserwowane. Ino jeden błotnik w podkładzie, a tak to w orginale, w pierszym lakierze znaczy sie, szyby w prondzie, nic nie stuka, nic nie puka, ino lać i jeździć.
- Pan jest wpisany w dowodzie rejestracyjnym?
- No, e yy... mam umowę, co mi zienć podpisoł...
Tę rozmowę trzeba było szybko zakończyć, bo szkoda baterii w telefonie. Wiadomo, że żaden zięć nie istnieje, wiadomo, że handelek kupił na czystą umowę, podpicował pianką montażową i pcha parcha dalej.


Konkluzja
Jest popyt na auta nie od handlarzy, to handlarz się "odhandlarzowuje". Każdy chce z czegoś żyć. OK.

Dygresja
Ostatnio miałem wystawionych (na koncie niefirmowym) kilka specyficznych samochodów, w specyficznych cenach, o które dzwonili specyficzni ludzie. Każdy miał specyficzny zestaw pytań, zaczynający się od tego, czy to handel, czy osoba prywatna.
Odsiew telefoniczny - odpowiadam z dumą, że HANDEL i rozmowa trwa kilka sekund (najczęściej kończy się sygnałem przerwanego połączenia). Ja nie odrywam się nawet od swojej pracy.

Powrót do konkluzji
To, jakie ludzie łykają bajki i kupują od handlarzyków z umowami "in blanco" auta, zakupione dla żon, które nie chcą jeździć (bo auto za duże, za małe, za wysokie, za niskie), kupione na minutę przed tym, jak kupujący dowiedział się o wyjeździe za granicę na zawsze itp, jakie nieprawdopodobne brednie nabywcy chłoną,  przeraża.
Większość samochodów w necie wystawianych jest w celach zarobkowych i z tym się trzeba pogodzić.

Prawie żaden kupujący nie sprawdza zgodności danych osoby sprzedającej (ja sprawdzony zostałem KILKA razy w życiu).

Nie działa na poszukiwaczy to, że można bezpiecznie kupić samochód na fakturę, w istniejącej firmie, która bierze odpowiedzialność za sprzedawany towar. Lepiej kupić sportowe auto, które było nietrafionym prezentem na dzień babci. I wierzyć w te pierdoły...
Można potem sąsiadowi opowiedzieć, że ma się auto z historyjką, a nie zwykłe, kupione od handlarza, który z całą pewnością w ch&ja zrobił.
Problem się tylko pojawia w momencie, kiedy trzeba dochodzić swoich praw i nie ma za bardzo od kogo...

Teraz mała przestroga
Kilka razy w tygodniu odbieram telefony od ludzi, którzy szukają w ciemno w sieci, komu sprzedali samochód.
Scenariusz za każdym razem jest taki sam - pan handlarzyk odkupił auto i nie wpisał na umowie swoich danych. Obiecał, że do tygodnia dowiezie umowę z danymi nabywcy. Minął miesiąc, a pana nie ma. Zbliża się koniec OC...

SPRZEDAŻ KOMUKOLWIEK AUTA NA UMOWĘ "IN BLANCO" TO SKRAJNY DEBILIZM!!!

1. Nabywca wsiąka i nie wiadomo komu sprzedaliśmy pojazd.
2. Przychodzi termin płacenia OC i jak udowodnimy, że samochód sprzedaliśmy? Niby komu? Płacimy zatem sobie OC za coś, czego już nie mamy.
3. Kradzież paliwa na stacji benzynowej - komu sprzedaliśmy samochód? przecież nie posiadamy żadnego dowodu, że to nie my tankowaliśmy...
4. Zdjęcie z fotoradaru ...
i tak dalej.


Proponuję pomyśleć zanim się kupi, bądź sprzeda samochód. Niby prosta rzecz, a jednak konsekwencje prawne i finansowe mogą zaboleć. 

P.S.
Nie atakuję swojej profesji - atakuję nieuczciwe praktyki, pomijające płacenie podatków i wyłączające odpowiedzialność za sprzedawany towar. Tego typu "dorabianie" sobie psuje opinię nam  - handlarzom (prawie) uczciwym :-)

niedziela, 11 września 2016

Tigra 1,4 o głosie V8

   Z bólem serca pożegnaliśmy czerwoną Micrę. Pojechała do znajomego. Czyli nie mam już znajomego. Jego numer dodałem do blokowanych w telefonie... oczywiście na wypadek, gdyby chciał mi podziękować za ten wspaniały pojazd ...
   Miało być o Tigrze z dziurą w masce. Będzie, ale krótko, bo w międzyczasie Opel zdążył się sprzedać i już o nim zapomniałem. Tigra Opel jest samochodem, który mimo upływu lat nie zestarzał się aż tak bardzo. Jego nadwozie, obiektywnie można stwierdzić, jest dosyć ładne. I tu koniec "autoświatowego" bełkotu. W historii miałem do czynienia z wieloma Tigrami. Ostatnią kupiłem praktycznie bez oglądania. Stała w ciemnym garażu z podniesioną maską. Właściciel mi o niej (Tigrze, nie masce) opowiadał, a ja posłuchałem, przytaknąłem i kupiłem. Jakież było moje zdziwienie, gdy po zamknięciu klapy oczom mym ukazał się ten piękny ... OTWÓR.


   W jakim celu "konstruktor" wyciął kawał maski, pozaginał to, pospawał i wyszpachlował, a na końcu umieścił siatkę zapobiegającą wpadaniu pod maskę kur podczas szybkiego przelotu przez wioskę?
   No właśnie! Każdy powie, że bez celu, że wlot zapewne kieruje powietrze na obudowę rozrządu, albo na pokrywę zaworów po to, by błoto spod kół ciężarówek zachlapało cały zlany olejem silnik i zamaskowało wszelkie wycieki itp. Otóż tak nie jest... Domorosły tjuner skierował ten przepiękny otwór w stronę osadzonego na kolanku z rury kanalizacyjnej filtra stożkowego. Cel? To proste - by strumień rozpędzonego tlenu wpadał szybko i w dużych ilościach do komory spalania. Chyba jasne.
   A teraz najśmieszniejsze - efekt jaki to dało, o dziwo, był bardzo ciekawy. Samochód w trakcie przyspieszania brzmiał jak rasowe V8. Piszę na serio! Tak było. Wiem, bo miałem V8 i osiwiałem przy nim.
   Miałem się śmiać z tego auta, bo jak nie wyśmiać np. krzywo uspawanego bad looka (czy jak się to tam nazywa)? Połać blachy zakrywała z prawej strony żarówkę światła postojowego (oczywiście LED) w tuningowym reflektorze typu klir endżel ajs leksus luk. Z lewej żarówka była widoczna. Spawacz machnął się w obliczeniach... Jak się nie śmiać z wlewu paliwa rąbniętego z wahadłowca kosmicznego, z tylnych lamp endżel leksus klir luk ajs?

  A teraz serio - kiedy kupowałem tę Tigrę, nie chciało mi się nawet pod nią schylić, by zobaczyć podłogę. Właściciel zapewniał, że jest zdrowa, a ja mu chyba uwierzyłem. Albo zapomniałem sprawdzić. W ogłoszeniu OCZYWIŚCIE napisałem, że "ani grama rdzy, nic nie puka, nie kopci, nie bierze oleju, pracuje jak nowa, wygląda jak nowa"  i tak właściwie, to że jestem idiotą, bo chcę za fabrycznie nową Tigrę tylko trzy tysiące polskich nowych (czyli już starych) złotych.
   W odpowiedzi na ogłoszenie zadzwoniło kilku idiotów, którzy zjebali mnie, że chcę tak dużo za starego złoma i że "po tysiąć pińcet już chodzom takie Tigry". Jestem odporny na kretynów, więc któremuś tam zadałem pytanie, czy mu kaszka na śniadanie smakowała, innego zapytałem, czy w końcu udało mu się zdobyć abonament bez limitu i do wszystkich ogłaszających samochody tak napier^ala bez sensu, ale później (jak zawsze) stwierdziłem, że to i tak nie dociera do słuchacza, więc nie mówiłem już nic.
   W końcu zadzwoniła pani, która chciała się umówić na SKP by sprawdzić auto. Zapewniałem w ogłoszeniu, że nie jest zgnite, ale ona się nie znała i chciała  zweryfikować stan. Pełen obaw pojechałem na stację kontroli pojazdów. Byłoby trochę źle, gdyby taka igła się od spodu jednak rozkładała. 
   Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że Opel ma podwozie tak zdrowe, jakby dopiero z fabryki wyjechał. Smutek mnie ogarnął i pomyślałem sobie, tak po polsku, że można było za to cudo krzyczeć o tysiąc więcej...

Galeria Tigry 1.4 V8 na naszej stronie Skup Aut

   A tutaj inna Tigra, którą kupiłem kiedyś od znajomej. Auto było w stanie mocno zmęczonym. Spędziłem wiele godzin doprowadzając całość, a przede wszystkim skórę do stanu przynajmniej ładnego. To jedno z takich aut, przy których jestem dumny z efektu swojej pracy. Poniżej zdjęcia foteli po zakupie. Nie mam zdjęć samego auta w stanie brzydkim, ale fotele odzwierciedlają doskonale całość.





 Poniżej kilka zdjęć zrobionych w trakcie pracy nad tym dziadem






A teraz najlepsze - efekt prac. Zobaczcie, bo chyba to w miarę wyszło ;-)

Klikać tutaj w galerię  >>>  Skup Aut


To by było na dzisiaj tyle. Idę spać. Niebawem ukaże się coś znowu. Aż mnie korci, żeby napisać o fiaciorzach... To podstępne, paskudne typy. Zastanowię się ;-)



niedziela, 14 sierpnia 2016

Przegląd gratów do 4 tys. Micra z dziurą w dachu i Tigra z dziurą w masce. Część 1. K11

Dzień dobry,
zapewne ktoś pomyśli, że skoro pojawia się kolejny tekst, zapowiada się jakaś cykliczność. Nic bardziej mylnego. Najprawdopodobniej po kilku wpisach zamilknę znowu na jakieś lata. Chciałem powiedzieć, że ten blog żyje sobie swoim własnym życiem. To znaczy, nie piszę ciągle ponieważ uważam, że lanie wody w kółko na ten sam temat, po jakimś czasie staje się nudne. To co tu publikuję nudne było już po piątym wpisie, ale jakoś ciągle są wejścia na bloga, czasem nawet, o dziwo, bardzo dużo. Wnioskuję, że lubicie być nudzeni.
   Skoro zazwyczaj pisałem o złomach, dzisiaj będzie o nich również.

To jeden z moich ulubionych złomów. Jest mały, pocieszny, dosyć przyjemnie się go prowadzi, zazwyczaj gnije na potęgę. O jednym z nich pisałem tutaj. Tym razem w Katowicach udało nam się kupić czerwoną zarazę po lifcie, z dziurą w dachu.



   Micra stała sobie w Katowicach, w miejscu z którego można już nie wrócić w jednym kawałku.  Było ciemno. Wokół słychać było tylko bełkot i krzyki pijanych mieszkańców dobiegające z otwartych okien familoków. Mijający nas właśnie chwiejnym krokiem miły młody, bezwłosy człowiek zapytał kulturalnie, czy "chcemy wpie..e..e..erdol". Nie chcieliśmy, więc wiatr pognał go dalej do bajkowego pisuaru, który zamontowany był na drzwiach zaparkowanego nieopodal Lanosa. Po zakończeniu czynności fizjologicznych westchnął donośnie i podpierając się ręką najprawdopodobniej zaczął poszukiwania spłuczki (wspomniałem wcześniej, że był dobrze wychowany). W końcu zreflektował się jednak, że w WC-Lanos jest fotokomórka (woda więc spuści się sama) i pożeglował dalej miotany falami i wiatrem po całej szerokości chodnika.
  Po tej krótkiej przerwie, przeznaczonej na obserwację otoczenia i integrację środowiskową, czekając na przyjście właścicielki zaczęliśmy świecić latarkami i oglądać Micrę. Okazało się, że jest całkiem OK i nawet ma podłogę całą (rzadkość). Z okna na parterze wychylił się jakiś tubylec i zaczął nam (równie płynną mową, jak przechodzący przed chwilą opryskiwacz Lanosów) proponować sprzedaż Escorta w gazie.
   Na szczęście nadeszła w końcu właścicielka naszego czerwonego pudełka. Bardzo miła młoda kobieta, którą przygnało tu aż ze stolicy Bieszczad (wg KSU). Na początku patrzyła na nas z lekka dziwnie i podejrzliwie. Dopiero po chwili zrozumiała, że:

1. Nie chcemy jej pobić
2. Cała transakcja NIE będzie przebiegała w atmosferze powagi i smutku
3. To nie my nasikaliśmy na chodnik
4. Najprawdopodobniej wyniesiemy jej gruz z piwnicy

   Tak więc po dwudziestominutowej, zabawnej pogawędce przy samochodzie, ustaliliśmy cenę i usłyszeliśmy, że alufelgi z oponami letnimi znajdują się w piwnicy. Jeśli je chcemy, musimy się do nich dokopać. Ona nie ma zamiaru nawet patrzeć na to co tam jest. Kilka miesięcy temu remontowała mieszkanie, a nie mając gdzie wywieźć gruzu i starych mebli, wrzuciła to wszystko do owej piwnicy. Oczywiście nasze koła były tam zanim zagościła cała reszta, więc jak łatwo się domyślić, by do nich dotrzeć trzeba je było odkopać. To oczywiście wiązało się z wyniesieniem tony gruzu i śmieci, kilku szafek, kanapy, czyli z wybrudzeniem naszych wyjściowych, niedzielnych dresów i mokasynów. Fedrując gruz mogliśmy poczuć się jak prawdziwi górnicy - ciasna piwnica z cegły, słabe światło, pył i brud. Trudy jednak zostały nagrodzone i dotarliśmy do kół. Potem zostało już tylko przenieść ten gruz na wskazane przez właścicielkę miejsce (przecież bez sensu wkładać go do tej samej ciasnej komórki), zatargać cztery trzynastki do auta, palić grata i gnać z powrotem.
   Co udało się nam kupić ryzykując dostanie wpierdolu od autochtonów?

Cała galeria znajduje się na naszej stronie Skup Aut

Klikajcie w link powyżej - zobaczycie. Myślę, że warto było zaryzykować i odgruzować katowickie podziemia. Fajne auto. Do dopracowania parę drobiazgów, ale frajda z jazdy jest. Moja córka chce jeździć tylko "czerwonym z otwartym dachem", niczym innym. Deszcz nie przeszkadza - przecież, jak twierdzi Maria, można rozłożyć parasol ;-)

P. S. O Tigrze w następnym wpisie.


Informacja techniczna
 
Wiem, że są problemy z wyświetlaniem galerii na komórkach. Nie wiem czemu, bo u mnie na Eriksonie T28 śmiga, aż miło.
Tak serio (co to znaczy?) - nasz dział techniczny (ha ha ha) rozwiąże ten problem zaraz jak tylko zje rosół i kotleta z kapustą zasmażaną. Winą obarcza co prawda dział testów, ale rozpatrując to w kategoriach 0-1, ktoś dał d*py i Czytelnik na smartfonie g@wno widzi. Za zaistniałe niedogodności serdecznie przepraszamy,  obiecujemy niezwłocznie zająć się sprawą.


 
  


niedziela, 7 sierpnia 2016

Krótki wpis o Skodzie, której dali radę.

   Jakiś czas temu skontaktował się ze mną właściciel pewnej Skody F. Pan posiadał to auto od czterystu lat, wiedział o nim wszystko, znał jego wartość, nigdy go nie zawiodła i inne tego typu pierdoły. Jeśli chodzi o wady, nie było źle. Nie działało wspomaganie. Kierownicy, oczywiście. Miałem do przebycia kilkadziesiąt kilometrów, więc wypytałem właściciela dokładnie o stan auta. Wszystko brzmiało obiecująco.
   Fakt, że to cholerne wspomaganie elektryczno-hydrauliczne może nie być tanie w naprawie, ale warto zaryzykować (zawsze istnieje szansa, że problemem jest wiązka elektryczna, a wtedy koszty naprawy liczymy w groszach).
   Pojechałem za siódmą górę i którąś tam rzekę. Gugle maps złapało czkawkę i doprowadziło mnie troszkę nie tam, gdzie chciałem. Głodny milionów, które były do zarobienia, nie poddawałem się i wytrwale szukałem.


A jak się szuka, to się znajdzie... Znalazłem więc...  swój własny wydech leżący w błocie. Czasem jak się szuka, można też zgubić. Zgubiłem więc... moc. Auto po zapaleniu niezbyt chciało się już wkręcać na obroty. O tym później.

   Dotarłem na miejsce przeznaczenia. Wady samochodu wymienione przez posiadacza... no wspomniałem o tym wspomaganiu.
Na miejscu oczom mym ukazała się prawdziwa "igła". I pewnie bym o tym nawet nie chciał pisać, ale ...

I

AIR BAG
(fajna miedź zespalająca)


II

MASKA
(trzyma linię)


III

BŁOTNIK
(trzyma linię)


IV

PROGI
(ta bulwa na pierwszym zdjęciu, to wspawana blacha z puszki po sardynkach)


V

Silnik
(nie da się zrobić zdjęcia nieżycia. Po odpaleniu uszom mym ukazał się łomot łańcuszka rozrządu, wybijającego dziurę w obudowie oraz brak oznak życia na jednym cylindrze, czyli nieżycie tegoż.)

Właściciel był zdziwiony, że zauważam takie drobnostki i podnoszę je do rangi problemu wykluczającego zakup Fabii. On tak jeździł całe lata i problemu nie widział. Jak jebnął, to zadrutował i jeździł dalej, jak zgniło, ugniótł fragment z puszki po paprykarzu, Gienek spawnął i grało, jak silnik dostał czkawki, to na wyższych obrotach go trzymał i jakoś darł do przodu...
Jak się więc łatwo domyślić - auta nie kupiłem i pełen smutku udałem się w drogę powrotną.

   Odnośnie utraty mocy w "marzeniu Polaka sprzed piętnastu lat" - po przejechaniu kilku tysięcy kilometrów bez mocy (w początkowej fazie jazdy, po kilku kilometrach wracała, aż odeszła na zawsze) udało mi się rozwiązać problem. Samemu. bez udziału mechaników. Tak właściwie, to pomogło mi w tym doświadczenie sprzed dwudziestu lat. Otóż miałem kiedyś Golfa na gaźniku Pierburg 2E2 (czy jakoś tak). Jak się go naprawiało? Ktoś, kto miał do czynienia z tym gaźnikiem wie, że ma on w cholerę membran i wężyków podciśnieniowych. Coś się działo? Zaślepienie kolejnego wężyka śrubką rozwiązywało problem. Po jakimś czasie gaźnik ów wyglądał jak eksponat z Centrum Pompidou - korpus i pełno gumowych rurek zakończonych śrubkami. Funkcjonalność - bez zmian.
   Tym sposobem właśnie udało mi się przywrócić moc w ajm. Znalazłem jakiś siłownik, który nie trzymał podciśnienia, wypiąłem wężyk i wkręciłem śrubkę. Moc wróciła, a najwidoczniej ów siłownik nie był wcale potrzebny, bo auto jeździ bez niego jak wściekłe, rwąc asfalt swymi 115 końmi. Byle tak dalej do miliona km...