poniedziałek, 25 maja 2015

Wiem, że się uda!

   Narzekamy na beznadziejną pracę, brzydką pogodę, grypę czy ból gardła. Płaczemy, bo auto na którą wydaliśmy ciężko zaoszczędzone pieniądze miało być wspaniałe, a okazało się standardową, spolszczoną kupą złomu. Jest nam źle i ciągle znajdujemy powody do niezadowolenia. Taka nasza cecha narodowa. Wiadomo - każdy ma swoje problemy i odbiera je z własnego punktu widzenia. Kiedy jednak słyszy się historię taką jak poniżej, rozumiemy że tak naprawdę wielu z nas nie ma ŻADNYCH problemów...

Przeczytajcie i pomóżcie.





Julka - lat 10
   Jeszcze pięć miesięcy temu wesoła, wysportowana, zawsze uśmiechnięta dziewczynka.

Choroba
   8 Stycznia 2015, na kilka dni przed dziesiątymi urodzinami - pierwszy atak padaczki. Po wielu badaniach diagnoza - zapalenie mózgu Rasmussena. Rzadka, nie do końca zbadana choroba powodująca stopniowy zanik kory mózgowej. U Julki zaatakowała lewą półkulę mózgu odpowiedzialną m.in. za mówienie, myślenie oraz ruchy prawej ręki i nogi.
   Dzisiaj, po pięciu miesiącach Julka nie chodzi, porusza się na wózku inwalidzkim, nie jest w stanie utrzymać nawet kredki w rękach, mówi z coraz większym trudem. Afazja (w uproszczeniu - zanik mowy na skutek uszkodzenia mózgu) i niedowład prawej strony ciała postępują w zastraszającym tempie. Julka ma nawet kilkaset ataków padaczki dziennie. Dziewczynka jest świadoma tego, co się z nią dzieje. Obecnie przebywa w domu i przechodzi rehabilitację. Jej 4-letni braciszek Michałek nie chce chodzić do przedszkola, ponieważ boi się, że kiedy wróci do domu, siostry już nie zastanie.

Szanse
   Wyleczyć choroby się nie da. Rodzice szukali i szukają pomocy wszędzie. Jedyną szansą dla dziecka jest usuniecie jednej z półkul mózgu, tej zaatakowanej przez chorobę. Jest nadzieja, że to pozwoli jej przeżyć i w miarę normalnie żyć. Polscy neurochirurdzy podchodzą do tego bardzo sceptycznie i nikt z nich nie chce podjąć się wykonania operacji. Każą czekać, aż stan dziecka pogorszy się do tego stopnia, że resekcja nie wyrządzi jej już żadnej szkody. Tyle, że wtedy będzie za późno...
   Lekarze z Wielkiej Brytanii i Niemiec widzą jednak szanse w szybkim zabiegu - wykonywali już takie operacje i znają mnóstwo dzieci, które żyją i funkcjonują mimo tak drastycznego kroku jakim jest usunięcie półkuli mózgowej. Nie ma pewności, że się uda, ale jeśli jest choć iskierka nadziei - trzeba walczyć.

Leczenie dziewczynki może kosztować nawet milion złotych! Czasu jest bardzo niewiele, bo choroba postępuje w zastraszającym tempie! 

Proszę każdego, kto tylko przeczyta tekst o wpłatę na podane poniżej konto Caritasu (z dopiskiem Julia Kołodziej), proszę o udostępnianie informacji na fejsbukach i innych portalach. Musi się udać, nim będzie za późno. Pamiętajmy, że to co zrobimy w życiu dobrego, kiedyś do nas wróci.


Zbiórka pieniędzy na ratowanie Julki
Zbiórkę pieniędzy na leczenie Julki prowadzi CARITAS Archidiecezji Krakowskiej (ul. Michała Ossowskiego 5, 30-656 Kraków). 
Wpłaty można kierować na rachunek nr 58 8589 0006 0000 0011 1197 0001. Dopisek: Julia Kołodziej. 
Poniżej link do artykułu z Dziennika Polskiego

Za każdą przekazaną złotówkę - w imieniu Julki i jej rodziny dziękuję.


niedziela, 26 kwietnia 2015

Przebieg kwitnącej wiśni

Witam wszystkich wytrwałych!  (今日は)

Tak, żyję ;-)




   Chciałem pisać o czymś innym, ale w związku z tym, że ostatnio miałem przyjemność pooglądać i przejechać się autami sprowadzonymi z kraju sushi i skażenia radioaktywnego, naszły mnie pewne przemyślenia. Streszczę je tak:  masz dużo piniondzów - kup jangtajmera z Honsiu, opraw w ramkę certyfikat i zostań koneserem.
   Co rzuca się w oczy przeglądając oferty aut sprowadzonych/do sprowadzenia*(niepotrzebne skreślić) z Japan? Mowa tu oczywiście o jangtajmerach i innych ciekawych LHD. No rzuca się na siatkówkę znikoma ilość cyferek w przebiegu. Znikoma oznacza dla dwudziestopięcioletniego auta maksimum 90 - 120 tysięcy kilometrów, ale bywa i 40. Wszystko oczywiście jest potwierdzone odpowiednimi CERTYFIKATAMI. Tak, lubimy certyfikaty. Mam firmę, jestem skończonym złamasem, ale milion certyfikatów rzetelności sobie kupię i klienci patrzą na mnie jak na świętego.
   Miałem o tym pisać dawno temu, ale jakoś zapomniałem o tej rzeszy szczęśliwców, którzy za kilkadziesiąt tysięcy złotych nabywają cudeńka pachnące kontenerem i solą morską. Dzisiaj natomiast obejrzałem pięknego W124 coupe z przebiegiem 70 tysięcy japońskich kilometrów i postanowiłem wystukać parę zdań.
   Nie twierdzę, że w każdym przypadku liczniki są cofane. Japończycy są mali, to może i mało jeżdżą, dużo pracują, więc pewnie nie mają czasu nabijać kilometrów w swoich Mercedesach z patykiem w zderzaku. Ale mimo wszystko...

   Żyjemy w kraju oszustów, gdzie każdy każdego chce wy#ebać jeśli to tylko możliwe. To już wiemy. W wyborach głosujemy na tych, którzy wmówią nam najlepiej, że to właśnie oni, a nie inni powinni nas okradać przez kolejnych kilka lat. Jeśli kupimy jogurt jabłkowy (oryginał) w dyskoncie z uśmiechniętym szkodnikiem w logo, to ma on mniej jabłek niż też sam jogurt kupiony w sklepiku u pani Heni (chyba że pani Henia sama kupiła go w dyskoncie, bo było taniej niż w upadającej hurtowni - wtedy też mamy mniej jabłek, tylko drożej kosztuje). Przykłady można by mnożyć. Ja chciałem napisać kilka słów o tym, co od dłuższego czasu jest popularne i modne. Mam na myśli kupno starego samochodu sprowadzonego z Japonii, auta niemal bez przebiegu ale za to z oryginalnym certyfikatem potwierdzającym co tam chcemy.
   Jakiś czas temu zachwycony znajomy pokazywał mi swój nowy nabytek - W140 CL 600. Gość był niezwykle dumny z tego, że udało mu się trafić świeżo sprawdzone auto z przebiegiem dużo poniżej 100 tys.km. Obejrzałem. Samochód faktycznie ładny, ale licznik widział te kilometry raczej jakieś 10 lat temu. Kiedy powiedziałem co myślę, oburzony "koneser" zaczął mi wymachiwać papierkami, których za cholerę nie umiałem przeczytać. Z nich podobno wynikało, że jestem w błędzie.
   Jak zapewne niektórzy wiedzą z fejsbuka - też kupiłem sobie kiedyś W140. W kraju. Japonii mój Mercedes nie widział. Też mam już do niego certyfikat więc jak ktoś chce zrobić deal życia - zachęcam do kupna. Sąsiad się w życiu nie kapnie, że ściema. Co prawda mój certyfikat powstał w jakieś siedem minut (w pośpiechu zrobiłem nawet błąd w VINie) i nie jest to certyfikat eksportowy. Na zrobienie eksportowego szkoda mi już było czasu, ale w razie potrzeby to nie problem.


Czarno na białym - okazja!

   Stworzyłem też jakiś inny papierek potwierdzający przebieg - powstał ze znalezionego w sieci fragmentu instrukcji obsługi wzmacniacza gitarowego (w wersji językowej skośnej). Pieczątka jakiegoś biura podróży z Tokio oczywiście uwiarygodnia zapisy. Nie ważne, że taki papierek nie istnieje. U nas im jest ich więcej oraz im więcej na nich pieczątek - tym lepiej.


   Te magiczne dokumenty podniosły wartość mojej kupy żelastwa co najmniej o sto procent, bo przecież każdy rodak zna język japoński i przetłumaczy sobie z marszu te szlaczki. Dociekliwy zapewne będzie kontaktował się z japońskim Ministerstwem do Spraw Okazji Eksportowych.
Ogólnie rzecz ujmując - z całą pewnością przekręt wyjdzie na jaw. Przekręt? Jaki przekręt? Miałem na myśli, że prawda zostanie potwierdzona.


Udokumentowany przebieg 46909 km w momencie sprowadzenia. Wartość kolekcjonerska.


Dlaczego w przypadku eksportu aut z Japonii wietrzę spisek? Oglądałem kilka sztuk, będących już w posiadaniu szczęśliwych właścicieli. Każdy samochód miał jako załącznik papierki z wzorkami, z których poza VINem i przebiegiem gówno wynikało.

   Teraz dwa słowa o wspomnianym na początku W124 coupe, aucie któremu zegar zatrzymał się na siedemdziesiątce. Patrząc na mojego W124, (a mam tam na liczniku jakieś 290 tys. km. i zakładam, że nie jest to pierwsze 290 tys.) muszę przyznać, że egzemplarz którego ja mam zaszczyt "wrastać w ziemię" w garażu, powinien mieć przebieg minusowy. Bo mój w porównaniu do oglądanego dzisiaj, jest prawie jak nowy. A Japonii nie widział...
Ale dumni kolekcjonerzy są szczęśliwi. A przecież o to chodzi, by klient był zadowolony.



To nie z Japonii. To moja wersja niecertyfikowana, czyli gniot bez wartości kolekcjonerskiej.


   Wprowadzam nową usługę - sporządzanie certyfikatów z Japonii, Chin, Korei i pozostałych krajów, w których używa się niezrozumiałych literek. Wszystko będzie szło z jednego szablonu, ale zapewniam, że poświęcę na to tyle czasu, by oryginalność dokumentów była niepodważalna.

Mogę zrobić dokumenty nawet na Poloneza Trucka! Polak we wszystko uwierzy, byle wyczuł okazję. Łyknie nawet tekst, że Tigrą babcia jeździła. Serio, tak było ;-)

P.S. Niektóre auta z Japonii są naprawdę ładne. Takie też widziałem.


さようなら

środa, 9 lipca 2014

Niezbyt miłym językiem pisany tekst, pod tytułem "Odczepcie się od handlarzy"

Witam wszystkich po tradycyjnie długiej przerwie. Uważny obserwator zapewne zauważył, że czasem coś pojawia się TUTAJ.



   Do napisania tego tekstu skłoniło mnie wkur#&@nie. Nie tak dawno temu poczytałem sobie trochę artykułów na temat tego, jacy handlarze są perfidni, jak cofają liczniki itd. Udało mi się znaleźć na ten temat milion publikacji np. w portalu motoryzacyjnym związanym z wupe peel. Ale nie tylko. To znaleźć można wszędzie!
   W umyśle Polaka rodzi się obraz handlarza - złego człowieka, który już jako małe dziecko wydłubywał misiom oczy, kradł kolegom w przedszkolu  Matchboxy i sprzedawał je chłopakom z podwórka za karbid ukradziony z budowy przez innego przyszłego sprzedawcę aut. " Handlarz cofnął...", "handlarz poskładał z dwóch..", "handlarz oszukał...".
   Nie bronię kombinatorstwa, ale chcę obiektywizmu! Ja wiem, że większość sprzedawanych w Polsce aut jest w posiadaniu handlarzy, wiem że masy chcą sobie poczytać tabloidowe tematy, masy się tym karmią, one tym żyją.
   Wiem też doskonale, że portale motoryzacyjne dostają niezłą kasę za reklamy, w tym reklamy dealerów i sprzedawców nowych aut. Nie szukam tu teorii spiskowych, choć wiadomo, że w ASO można kupić "pewne używane", z milionem certyfikatów i tym podobnych bzdurnych papierków.   
   Właśnie a'propos tego przypomniała mi się historia pewnej Skody Octavii, którą dealer Forda postanowił zreanimować w swojej blacharni i wystawić na sprzedaż jako bezwypadkową. Autobus tak wjechał w tył auta, że dotarł do przednich siedzeń. Długo męczyli ją blacharze i lakiernicy, a że prace zlecono praktykantom (w tym mojemu koledze) efekty były marne. Całość im nie wyszła do tego stopnia, że wspawany tył musieli wzmacniać kilometrami płaskownika i kątownika.  
   Bezwypadkowa Skoda sprzedała się szybko. Nowa właścicielka, kiedy dowiedziała się u mechanika co kupiła, przyjechała z pretensjami i chciała oddać auto. Handlowiec zrobił jej taką wodę z mózgu, że polubiła na nowo swoją Octavię, a w ramach rekompensaty zamontowano jej w samochodzie ... ALARM! "Pewne używane" ha, ha, ha...




   Handlarz jest dziki, handlarz jest zły, handlarz ma bardzo ostre kły... A jaki jest szanowany obywatel, który z handlarstwem nie ma nic wspólnego, a swoją wydzwonioną Toyotę, do której sam kupował połówkę z podłużnicami i ścianą grodziową sprzedał jako BEZWYPADKOWĄ? Zapomniał wspomnieć rodzince z niepełnosprawnym dzieckiem, która zjawiła się po swój wymarzony, nietani samochód (ponad 60 tys.zł), jak to zamiast ściany grodziowej do D4D manuala, załatwił ścianę z benzyniaka automata? Nie wspomniał jak się blacharz męczył, żeby wywiercić wszystkie otwory jak fabrycznie, żeby zamocować do czegoś pedały, dogrzewacz i tak dalej... Mógł się chociaż pochwalić, że wszyscy fachowcy mieli przykaz, że ma być jak oryginał i udało się im! Ach, ta amnezja... Toyotę zrobiono ładnie, a ludzie zapewne jeżdżą i chwalą sobie jakie to pewne auto kupili od pierwszego właściciela.
  A teraz - co mnie wku^wiło do tego stopnia, że siadłem i piszę? BMW. Tak BMW E39, ale nie moje. Wystawione do sprzedaży w Chrobrowcu (nazwę zmieniam na idiotyczną. Mimo wszystko brzydzę się donosicielstwem. Jakiś "dedektyw" i tak sobie znajdzie). Otóż mój sąsiad, ten sam o którym pisałem TUTAJ szuka auta. Sobie kupił jedenastoletnią "perełkę" z przebiegiem 80 tys.km. od drugiego właściciela (myślę, że ów drugi właściciel zdjął z zegarka jakieś 150-200 tys.km.), a teraz szuka Beemki dla syna. Był już oglądać E36 Coupe 328, wystawiane (nie przez handlarza) za kosmiczne pieniądze. Okazało się, że kupa złomu. Miało być bez wypadku, a wyszło co najwyżej bez skali na mierniku.
   Dzisiaj znalazł piękne E39 w Chrobrowcu. Musze przyznać, że ładnie się prezentuje. Sprzedaje właściciel, który auto posiada od czterech lat. Przebieg - tu cytat - "ORYGINALNY" 258 tys.km. Skoro nie handlarz, skoro oryginalny, skoro taki "PERFEKCYJNY", sam bym się przypalił na to 528. Pomyślałem sobie, że jeśli takie to auto zadbane, to pewnie gość rejestrował się na forum. I się nie pomyliłem! Poprzedni właściciel opisywał swój nowy nabytek, zamieszczał w 2009 roku piękne zdjęcia, a koledzy z forum wychwalali pod niebiosa piękno tego egzemplarza. Jednocześnie nie brakło wyrazów zdziwienia, że mimo przebiegu ponad 300 tys.km. wnętrze wygląda jak nowe! Nawet znalazła się wzmianka właściciela (z dnia 19 X 2009) o wizycie na hamowni i rewelacyjnych wynikach mimo przejechanych 310 tys km. A to był październik 2009 r!
   W styczniu 2010 roku forumowicz sprzedał 528, a nowy właściciel (ten sam, który teraz pozbywa się "perfekcyjnej" E39, po czterech latach użytkowania) też raz na jakiś czas coś na forum napisał. Nie podawał jednak przebiegu, a przynajmniej mi nie chciało się dalej bawić w detektywa. Znudziłem się tematem. Auto faktycznie może mieć 350 tys. może mieć 400 tys.km. albo i więcej.
   Tak naprawdę stan licznika, to jest nic jak na ten motor. Gdybym szukał dla siebie BMW i znałbym faktyczny przebieg nie przeraziłbym się. Ale dlaczego nikt nie trąbi "PRYWATNY WŁAŚCICIEL PIERDO#NĄŁ LICZNIK O BÓG WIE ILE? Cały świat uparł się, że cofa handlarz, że spawa z dwóch handlarz, że oszukuje handlarz. A ja znam wiele przykładów, że nie jest tak do końca. Podałem tylko kilka.

Pozdrawiam Was. Niebawem znowu coś się tu pewnie ukaże.

piątek, 18 kwietnia 2014

Najwygodniejsze Auto Świata

   Po przeczytaniu tytułu Czytelnik pomyśli zapewne, że w końcu napisałem coś o W124 Coupe. Nic bardziej mylnego. O tym będzie, ale jeszcze nie teraz. On jest, zaraz po starym 911 Najładniejszym Autem Świata, ale nie jest najwygodniejszym. Jaka więc maszyna zasługuje na ten prestiżowy tytuł? Nie chwaląc się (bo tak naprawdę, kto mnie zna, ten wie, że mam to w dupie) jeździło się różnymi furami. Od CC 700 "na chodzie" kupionym za sto peelenów, po jakieś tam A7, A8 i Esy warte kilka tysięcy takich Cinkłoczentów (nawet kiedyś, dawno temu mój chwilowy pracodawca z Pakistanu pozwolił mi odpalić prawie nowe Ferrari. Tak nawiasem mówiąc - szyby "kantowały" się przy zamykaniu. Złom.). Wszystko to nic. Teraz poruszam się Najwygodniejszym Autem Świata.
   Jakie cechy posiada to auto?
   Po pierwsze jest duże. Zawsze uwielbiałem duże auta. Coś tam podobno przedłużają facetowi, więc pewnie i w moim karłowatym przypadku tak jest.
   Po drugie jest w miarę mocne. Mogłoby być co prawda mocniejsze, ale 167KM i te 235 Nm (tyle było zapewne dawno temu) pozwalają całkiem sprawnie poruszać się i nawet wyprzedzić pod górkę autobus (oczywiście pod warunkiem, że przed manewrem przełączymy z LPG na benzynę - gaz coś nie wydala powyżej 4tys. obrotów)
   Po trzecie 3.0 V6 brzmi tak ładnie, że aż nie chce się włączać fabrycznego radia z miliardem przycisków, tysiącem głośników i automatycznie podnoszoną klapką. Co prawda poprzedni właściciel wymienił cały układ wydechowy i na samym jego końcu zamontowano tłumik z trabanta, ale tak fajnie to bulgocze, że wmówiłem sobie, że mi się podoba. Sam uwierzyłem, że z tyłu dudni jak amerykańskie V8.
   Po czwarte i najważniejsze - jeżdżąc po części zamienne do wszystkich moich szczurów zawsze unikałem ulicy Witosa w Krakowie. Mknąc tą przepiękną dwujezdniową arterią zawsze mam poczucie, że za moment popękają szyby, auto rozejdzie się na zgrzewach i odpadną koła. Ostatnio udałem się po jakieś graty moją nową limuzyną i o dziwo - nie zwróciłem wcale uwagi na to, że jadę właśnie odcinkiem testowym dla czołgów. Jak mówił kiedyś mój sąsiad po zakupie Nubiry - tym się płynie!
   Po piąte - koszt przejechania stu kilometrów jest nieco niższy niż w przypadku klekota 1.9 TDI.
   A po szóste - ostatnio tankuję sobie gasss, a tu przybiega jakiś pan i woła do mnie "o kurva jak ja dawno sześćsetpiątki nie widziałem!"

W dniu zakupu. W tym miejscu tkwił biedak całe lata. I jak tu napisać, że garażowany?


   No właśnie - ktoś mógłby pomyśleć, że piszę o IKSEMIE. Nie, tekst jest o moim nabytku sprzed miesiąca - Peugeocie 605. Kupiłem go od dziadka, który gdybym nie urwał w pewnym momencie rozmowy, być może do dzisiaj siedziałby ze mną w aucie i mi o nim opowiadał. Kupiłem to coś, traktując to jako stertę złomu, którą w razie czego wybiorę się w końcu na Wrak Race. Nie wybiorę się nim. Polubiłem go mimo podsufitki, która wisząc oblepiała mi głowę, mimo pękniętej przedniej szyby i braku przeglądu technicznego (od dwóch lat), mimo "fachowych" napraw po przygodach starszego pana (najlepsza jest "wpyłka" na rogu maski - w nocy jej nie widać).
   Wymieniłem szybę, tapicer zrobił podsufitkę, ustawiłem geometrię, zrobiłem badanie techniczne (przeszedł bez zastrzeżeń) i wystawiłem "Sześćsetpięć"do sprzedania. Rzadko się zdarza, że kiedy nie ma zainteresowania jakimś samochodem, ja się cieszę. W tym przypadku - zainteresowanie niemal zerowe - mam to serdecznie w dupie.  To znaczy był gość, który chciał się zamienić za Hondę Civic Coupe z Alamugenem. Zawsze o takiej marzyłem. Najbardziej lubię wszelkie Alamugeny i Ultery z wkładkami i bez wkładek. Jeszcze jeden pan, z akcentem kresowym, pytał czy tam pod kierunkowskazem jest WGNIOTKA. Mimo tego, że nie zaspokoiłem jego ciekawości (chamsko odpowiedziałem mu, że nie wiem i zwisa mi, czy w dwudziestoletnim aucie jest "wgniotka"), miał przyjechać (nawet umówił się na dzień i godzinę) ale słuch po nim zaginął. W każdym razie zainteresowania nie ma, a ja se jeżdżę i se chwalę. I to cholerstwo jeszcze się nawet nie zepsuło. A podobno takie awaryjne.

Widok na "wpyłkę" z lotu ptaka (lądującego)

Wnętrze jak w starym Airbusie (zdjęcie robione komórką, więc pięciuset słabiej podświetlonych przycisków nie widać)

Po zdjęciu plastikowej osłony oczom naszym ukazuje się plątanina kabli. Ja szukałem tam dwóch Aisanów. Pół godziny szukałem też miarki oleju.
Standardowe pytanie - po co ten tekst? Muszę się komuś wygadać! Kiedy podniecam się opowiadając znajomym czym aktualnie jeżdżę, część z nich nie wie o jakim aucie mówię, a ci co wiedzą patrzą na mnie jak na eksperta Antoniego ... Mało kto potrafi docenić starą francuską myśl techniczną ;-) , a prawda jest taka, że samochody z tamtych lat, mimo tego że nie zawsze urzekają urodą, coś w sobie mają. Peugeot 605 ma w sobie na pewno WYGODĘ.

Reasumując - jest ZA###ISTY!

P.S. Do auta dostałem koła zimowe z oponami Michelin z ... końcówki 1993 roku!!! Chyba od nowości ...












Najwygodniejsze Fotele Świata i ... te przyciski...

sobota, 1 marca 2014

Fachowe oględziny u Fachofcuf w serwisie Renault i reklama prymitywnego "handlarzyka"


sprawyfirmowe.pl czy jakoś tam



   Witam wszystkich Czytelników. Także tego kogoś, co to na fejsbuku wyżalił się w komentarzu, jakim to jestem prymitywnym "handlarzykiem" jak wszyscy i jak to stworzyłem tego bloga, żeby zrobić reklamę działalności itd... Rozgryzłeś mnie gościu! Każdemu, kto przychodzi patrzę najpierw w zęby, czy ma tam pieniądze, potem przerwawszy dłubanie w nosie staram się jak najszybciej wyszarpać mu te złotówki z gęby, wcisnąć mu siedemnastoletnią Bravę, w której Heniek dopiero co skończył wstawiać siedem ćwiartek (5,2 promila). Taki już jestem...
   Po tej krótkiej autorefleksji wracam do tematu. A raczej go podejmuję.

Z wikipedii




   Znajomy znajomego strasznie mocno przypalił się na Reno Scenik. Znalazł takowe z rocznika 2012, czy jakoś tak, sprowadzone z Francji, z przebiegiem około 2 tys. km, czyli nawet nie polskim - z rajskim. Bo przecież za życia do raju pójdzie ten Żabojad-Dobroczyńca, co to kupił nowe, świetnie wyposażone auto (skóry i inne "rodakolepy"), ledwo je odpalił i już do Polski sprzedał. I co jasne, TANIOOO! W rzeczy samej święty on, święty ten, co je przywlókł, błogosławiony lakiernik, co to jeden delikatnie przerysowany błotnik pomalował! Szkoda, że pójdę do piekła, bo chciałbym ich poznać.
   Temat Reno był mi przez kolegę podrzucany przez dłuższy czas. Napalony tak się bowiem napalił, że żadne argumenty nie trafiały. Proszono mnie, żebym podjechał to zobaczyć, bo ja mam tam dwa kilometry, a oni mają sto. Od jakiegoś czasu nie jeżdżę oglądać aut dla nikogo, bo nie mam czasu, a poza tym gdzie nie pojechałem, to do transakcji nie doszło, bo...
   Tradycyjnie, w d#pie miałem tego Scenika, do czasu kiedy ciekawość zwyciężyła. Otóż kupujący pojechał sam, umówił się w ASO Reno na sprawdzenie auta i napalił się jeszcze bardziej, bo wyszło tam, że sprzedający prawdę powiedział - jeden błotnik malowany, kawałek maski cieniowany i tyle. Igła! Prezent od Francuza tym razem.
   W dzień po wizycie w ASO odebrałem telefon od kolegi. Nie przestawał mnie przekonywać, żebym podjechał i rzucił na samochód moim ślepym okiem. Tak z ciekawości chociaż, bo przyszły właściciel Reno już kombinuje kasę na okazyjną furę.
   Podjechałem więc, wlazłem na plac błyszcząc plecionym mokasynem (dłubiąc w nosie, oczywiście) i przyglądnąłem się "Renóweczce". Tak bez przykładania miernika rzucił mi się w oczy lakierowany cały prawy bok, słupek i maska. Błotnik przedni lepiej wyszedłby mi chyba sprejem. Niezbyt ciekawie wyglądało też spasowanie elementów. W ciągu pięciu minut na placu, bez podnośnika udało mi się jeszcze dojrzeć, że macperson z prawej strony delikatnie (całkiem) różni się od lewego. Ktoś sobie nie "celnął" też w sprężynę o odpowiedniej wysokości - różnica między stronami, tak na oko, wynosiła około 2 cm. Pewnie akcja serwisowa była i wszyscy kierowcy ważący ponad osiemdziesiąt kilogramów dostawali gratis wyższą sprężynę na lewą stronę.
   Zrelacjonowałem to zainteresowanemu i już chciałem poprosić sprzedawców o kluczyk, już chciałem usłyszeć tę historię o akcji serwisowej ale zorientowałem się, że goście z budki gdzieś sobie umknęli. Poczekałem kilka minut, ale się nie doczekałem.
   Dostałem też informację od mocodawców, że napalony się wygasił i już nie muszę zaglądać do środka, ani pod maskę ani nigdzie i żebym lepiej już jechał do domu, bo zniszczyłem czyjeś marzenia.
   No to się zmyłem z placu z poczuciem, że właśnie nasrałem do własnego gniazda. A gdyby panowie się tak nie ulotnili, może zaproponowałbym im deal? Wiedziałem że ode mnie dużo zależy, a w takim przypadku jakiś tysiąc w zębach potrafi czynić cuda (jak już w takich niebiańskich klimatach jesteśmy). Pies ogrodnika...


I znowu, po co ten tekst?
***Reklama działalności***

   Majkelu Dżejcośtam z fejsboooka! Najlepsze auta tylko u mnie! Jakie chcesz - zielone, czerwone, złote, srebrne, nawet czarne! Tanie, tańsze, najtańsze! Kategoria C, B, a nawet B1! U mnie takie Sceniki to mają po SIEDEM kilometrów przebiegu! Nawet czternastoletnie! I udokumentowane wpisami w książce, co kilometr! Do każdego auta ćwiartka gratis!




***To była reklama działalności***



  Po reklamie zejdźmy na ziemię. Myślałem, że płacąc dużo złotówek w ASO można liczyć na w miarę uczciwe i fachowe sprawdzenie przed zakupem. Kiedyś tak myślałem. Już od dłuższego czasu mam inne zdanie na ten temat. Ciekawe co jeszcze można by znaleźć w tym aucie, gdyby wjechać nim na kanał.A mógł sobie pojechać kolega kolegi na Wietnamską do specjalisty od gazet w silentblokach. Zapłaciłby pięć dych, a nie dwieście, czy trzysta, czy ile tam liczą sobie w tych serwisach gdzie wbijane są bezcenne PIECZĄTKI. 
   Taka dygresja - Polska to kraj pieczątek. Im jest ich więcej, tym lepiej. Zarówno w tysiącach urzędów, jak i w stercie makulatury "made in China" z logo producenta. Pieczątka budzi zaufanie. Ech tkwi w nas ten PRL...
  P.S. Choć z drugiej strony za dużo pieczątek to też problem. Mam starą Felicję kombi, w fajnym stanie, z książką i jest w niej tyle pieczątek, że w głowie się od nich kręci. Od nowości bili pieczątki, do teraz. Ale jej nigdy nie sprzedam, bo tak się zapędzili w tych stemplach, że pod koniec ubiegłego roku dobili do 213 tys. km. Cytując dzwoniących - "oj duuużo to już ma przejechane".

***To była kryptoreklama działalności***


P.S. Dziękuję Ci Tymon za wzięcie mojej strony w tych jakże okrutnie trudnych dla mnie chwilach. Uważaj tylko, bo kierując się logiką pokrętną możesz zostać posądzony o groźby karalne. Użyłeś słowa "broń". Kontekst nie ważny. Użyłeś... A ciekawe, co Ty reklamujesz? Pewnie też jesteś na tyle bezczelny, że chcesz zarobić na życie. Czujne oko obserwuje ...

Na koniec moja teoria odnośnie historii wspomnianego Scenika, domyślam się, że w miarę zgodna z rzeczywistością.

   Otóż w 2012 jakiś Jean Jacques Cośtam kupił sobie auto. Zdążył wyjechać nim na jedną wycieczkę weekendową z rodziną i kilka razy na zakupy. Po trzech tygodniach bezproblemowego użytkowania (jeszcze nic nie zdążyło się zepsuć), wracając z Karfura wpadł w poślizg na autostradzie i tak wydzwonił w barierę, że urwał prawe przednie koło, które wbiło się w fartuch (ale głupia nazwa). Oczywiście przeorał cały bok. Ubezpieczyciel ocenił, że naprawa jest nieopłacalna, wypłacił kasę i zabrał wrak. Od firmy ubezpieczeniowej kupił go Zygmunt, który ma połapane takie "okazje". U Zygmunta auto kwitło trochę na placu (on nie naprawia - sprzedaje takie, jakie kupił) aż zjawił się Kazek i furę nabył. Dłuuugo naprawiał, bo o tanie części niełatwo, a i spawania trochę było. W końcu sklecił to do kupy i czeka na klienta. 

   P.S. Kazimierzu, znam przypadek gościa, który kupuje takie młode gnioty i robi je idealnie - każda zaślepka jest na swoim miejscu, każda śrubka jest oryginalna, nawet sprężyny są z tego samego auta i mają taką samą wysokość! A miernik pokazuje od 90 do 120 max. i nie ma wąwozów po papierze ściernym. Ja bym się nie zorientował w żaden sposób bez rozkręcenia połowy auta. Ale taka naprawa trochę kosztuje (sam nie bałbym się czymś takim jeździć, mimo wstawionej połówki). Gdybyś postarał się bardziej, to był naiwniak, któremu pięć dych zza zębów wystawało. A tak? Ja bym pojeździł tą Renówą, żeby przebieg trochę urealnić... Chyba, że strach tym jeździć...





niedziela, 16 lutego 2014

Fachowe oględziny w dworcowym kiblu

   Nie tak dawno temu sprzedawałem pewien niestary samochód jedynie słusznej w Polsce marki. Auto, nie ukrywam i nie ukrywałem, wymagało tak pięknie u nas zwanego "wkładu finansowego". Uznałem, że nie naprawiam, sprzedaję tanio. Co znaczy tanio? Przytoczę tu słowa eksperta towarzyszącego drugiej osobie oglądającej ów pojazd (o pierwszej osobie będzie za chwilę):
"A czego się spodziewasz? Masz dziesięć koła taniej niż inne. Choćbyś cztery dołożył, to i tak masz niedrogo, a będziesz miał wszystko porobione".
   No dobra, więc auto wystawiałem za czternaście tysięcy. Wymagać cudów można przy takich za dwadzieścia dwa, dwadzieścia pięć. Ja uznałem, że mam to gdzieś - nie robię, bo łatwiej pozbyć się gniota za "naście", niż udowadniać wszelkim podejrzliwym, że warto dać więcej, bo "nie wymaga wkładu".
Zadzwonił klient nr 1 (co prawda telefonów było bardzo dużo, jednak wszystkie od "Poszukiwaczy Okazji Nie Potrafiących Czytać Ze Zrozumieniem" i od "Poparzonych Przebiegiem"). Klient nr 1 był gdzieś z Suwałk. Miał w każdym razie masę kilometrów do przejechania. Opisałem mu więc BARDZO DOKŁADNIE wszystkie znane mi wady auta, podkreślając że powinien się zastanowić, czy opłaca mu się jechać taki kawał drogi, bo "igłą" ten samochód nie jest. Jednego byłem pewien - nie miał nigdy wypadku (samochód, nie klient) i poza jednym elementem lakierowanym wszędzie był lakier oryginalny. Uparł się więc gość, że przyjedzie. Dojechał z żoną na drugi dzień. Najwięcej czasu spędzili macając ryski i delikatnie przygięty błotnik. Pół godziny rozważali konieczność wymiany reflektorów. Po długim zastanowieniu para postanowiła mimo wszystko przejść do drugiego etapu oględzin - wynegocjowaliśmy cenę i mieliśmy pojechać do umówionego przez nich wcześniej mechanika (znaleźli go w internecie).


   Udaliśmy się więc na ulicę Poległych w Obronie Mogadiszu 666, by fachowiec fachowym okiem ocenił sprzedawane przeze mnie coś.


   Kilka słów o warsztacie - ja nie oddałbym tam Ostrówka na wymianę zwolnicy, ba nawet na wymianę żarówki, bo i tak podpięliby plus do minusa, wybrudzili ją smarem, a na koniec pewnie urwaliby dach wyjeżdżając z tej nory. "Serwis" wyglądał mniej więcej jak WC na nieczynnym dworcu PKP. Wszystkie zużyte części walały się po brudnej podłodze, wymieszane ze szmatami i narzędziami. I te usmarowane kafelki na usmarowanych ścianach... Reasumując - gdyby nawet wisiały tam pisuary, nie zdecydowałbym się, bo bałbym się zarażenia zdalnego.
ze Wrzuty


  Kilka słów o mechaniku. Waga ciężka. Schludnie usmarowany od stóp do głów. Spojrzał na mnie na wstępie z pełną pogardą i zabrał się do straszenia podróżników. Wady, które znalazł (poza oczywistymi) rozbiły mi psychikę i do dzisiaj leczę się farmakologicznie. Oby więcej takich fachofcuf!

Obrazek rypnięty gdzieś z http://magnolijka.blog.onet.pl/2013/01/27/holizm-spoleczny/
   Widząc, że ogląda auto z miną szympansa patrzącego na grubo ostreczowanego banana sam podrzuciłem mu punkt zaczepienia.
- Malowany tylny lewy błotnik - mówię.
Potoczył się szybko pod wskazany adres i zaczęło się!
- Malowany ten błotnik! - krzyczy do kupujących.  - Ale fatalnie, na odwal zrobiony! Patrz pan, nawet tutaj odcięli na chama! - odkrywa detektyw, pokazując na ślady odbitej we wnęce uszczelki drzwi, po czym zauważa na dachu dwa delikatne wgniecenia po gradzie. - Dach też malowany i trzeba go malować znowu! I wszytko tu jest malowane! Decydujcie sobie, bo wszystko tu jest malowane!
I goni tak wokół samochodu i odkrywa coraz to nowe ślady wypadku, który nigdy nie miał miejsca.
   Po podniesieniu auta na podnośniku kolumnowym, w którym pierwsze UDT podbijał dziadek Bieruta, wyszły kolejne ciekawostki. Herkules Poirot odkrył, że silentblok tylnego wahacza wyciszyłem gazetą. Logiczne to było - według niego wyprasowałem go, owinąłem papierem i wprasowałem na nowo. Toż to jasne jak cholera!A jakie sensowne... Chyba każdy handlarz by tak zrobił, szczególnie że nowa część kosztuje pewnie całe dwadzieścia złotych. Na nic się zdały domysły me, że ktoś kiedyś wprasował element metalowo-gumowy nie odklejając z niego papierowej metki, bo to, co wystawało było ewidentnie pozostałością po naklejce z kodem kreskowych, czy jakimś numerem części. Na nic się to zdało, ponieważ nikt mi tam już nie wierzył. Auto, które było bezwypadkowe, stało się już obetonowanym przystankiem, a zwieszenie zmieniło się w papierowe.
   Wyszedłem z tej dziupli, żeby pośmiać się na głos na zewnątrz.
Jedno, co muszę przyznać - gość odkrył, że turbina puszcza olej. O tym nie wiedziałem.
Po wielu jeszcze "odkryciach" zaczęło się licznie kosztów. Gruby, drapiąc się brudnymi łapskami po brudnej głowie zaczął liczyć:
- Do malowania maska, dwa błotniki, dach, tylny błotnik, do wymiany zawieszenie, turbina. Jestem przy siedmiu tysiącach, mam liczyć dalej?
Kupujący już nie chcieli znać ceny naprawy.
Koszt fachowej inspekcji - "daj pan na flaszkę".

   Po wyjeździe z Serwisu U Szpeca uznałem, że nie będę komentował tych bredni, ponieważ i tak widzę, że oglądający mieli już tego auta powyżej uszu. W rozmowie z nimi  stwierdziłem, że jeśliby się mimo wszystko decydowali, to na turbinę, o której muszę z pokorą przyznać nie wiedziałem, mogę im zejść z ceny jeszcze półtora tysiąca złotych (regeneracja w dobrym warsztacie, to koszt około tysiąc dwieście, plus trzysta wymiana).
   Jak łatwo się domyślić, po takiej diagnozie ludzie ci jednak postanowili wracać do domu tym, czym przyjechali.

Po co ta historyjka?
 Gdybym nie był pewien co do wad i zalet sprzedawanego auta i miałbym coś na sumieniu - siedziałbym cicho i nikt nie dowiedziałby się o tym. Bo wstyd. Ale żenujące jest to, że ludzie zrobili ponad tysiąc kilometrów na marne, bo uwierzyli w ekspertyzę fachowca, który raczej powinien siedzieć sobie w zaciszu domowym, smażyć śląską na słoninie i dłubać w nosie, a nie brać się za coś o czym nie ma pojęcia. Ja straciłem w sumie trzy godziny życia, przyjezdni cały weekend i pewnie równowartość dwuletniej prenumeraty gazety do wyciszania silentbloków.

P.S. A w kolejnej odsłonie - krótka historia o wnikliwych oględzinach w ASO Renault.


sobota, 15 lutego 2014

Dwa badyle i zbędny kawał gumy



   Są takie dwa patyki, które leżą sobie na podszybiu, czasem przesuwają się po przedniej szybie powodując widzenie. Przynajmniej w teorii. W zamierzeniu konstruktorów było, by te elementy się zużywały. Tak też się dzieje. Po kilku, czy może kilkudziesięciu tysiącach przesuwów guma, która ma ściągnąć z szyby wodę i ptasie kupy złośliwie się ściera, powodując wcieranie, czyli efekt odwrotny do zamierzonego. Ostatnim stadium jest już wrzynanie. W szybę.
    Najtańsze pióro wycieraczki, bo tak się ten wynalazek nazywa, kosztuje kilka złotych. Z doświadczenia wiem, że wydatek rzędu 9 PLN na produkt firmy A*** (nie podam nazwy producenta, bo nie będę mu robił reklamy – firma na „a” w każdym razie), bywa czasem sensowniejszy niż wydatek 40 PLN na produkt firmy B*** (nie podam nazwy producenta, bo nie będę mu robił reklamy, ani nawet antyreklamy – firma na „b” w każdym razie. No, chyba, że firma na „b” fundnęłaby mi KTS'a – wtedy oficjalnie napiszę, że wkradł się błąd i tylko ONI są liderem w produkcji najlepszych, najtrwalszych, najbardziej aerodynamicznych itd.). O firmie zaczynającej się na literę „v” nie piszę, bo nigdy nie kupiłem ich produktu. Sorry – kiedyś nabyłem chłodnicę i muszę przyznać, że była beznadziejna – cała się połamała. Na lewym tylnym narożniku Fiesty (nie lubię Fordów).
Ale do rzeczy – słowo do tych, którzy odbijając tłuszcz z czoła na przedniej szybie, trzymając ręce „za piętnaście trzecia” lub „za dwanaście lewa, dwadzieścia cztery minuty po drugiej prawa” swoją Thalią "z salonu" mkną lewym pasem z zawrotną prędkością i głusi są na trąbienie wariatów drogowych, a ślepi na mruganie owych piratów:

Zużyte pióra wycieraczek stwarzają realne zagrożenie na drodze! Niedostatecznie oczyszczona szyba czołowa ogranicza bowiem pole i ostrość widzenia. Możemy więc nie dojrzeć pieszego przechodzącego przez jezdnię, czy samochodu wyprzedzającego w niedozwolonym miejscu i zbliżającego się w naszą stronę. Zmniejsza się też wyraźnie komfort prowadzenia i koncentracja kierowcy. Amerykańscy naukowcy z University of KFC dowiedli również ponad wszelką wątpliwość, że zabrudzona szyba powoduje wzrost tarcia, zwiększa się też współczynnik Cx, a to przekłada się bezpośrednio na wzrost zużycia paliwa.

Słowo do prawie wszystkich użytkowników dróg, poza wymienionymi wcześniej i jedną jeszcze osobą:

Tak właściwie to nie ważne, czy wymieniacie wycieraczki, czy zdzieracie je do bólu. Jak ja najszybciej orientuję się, czy osoba od której mam zamiar kupić auto dbała o nie choćby trochę? Patrzę w jakim są one stanie. W dziewięćdziesięciu procentach przypadków sprawdza się moja głupia teoria. Jak komuś szkoda wydać dwie dychy i jeździć przyjemnie w czasie deszczu, to zazwyczaj ma też zdrutowany zderzak, podwiązane szczęki hamulcowe i zalepiony poxiliną wydech. Ja nie mam nic przeciwko temu – uwielbiam takie samochody! Wlepiam drugą warstwę poxiliny, zderzak wzmacniam klejem do szyb, szczęk nie zauważam i wystawiam **IGŁĘ PO DZIADKU**NISKI PRZEBIEG**SUPER STAN**OKAZJĘ**TANIO**ZOBACZ

Czemu piszę ten stek bzdur? Bo większość oglądanych samochodów posiada druty na patyku, a nie pióra wycieraczek, które byłyby w stanie odgarnąć wodę i błoto. Nie reklamuję tu żadnej firmy – reklamuję tylko zdrowy rozsądek i komfort jazdy – niezależnie, czy jedziesz w miarę nowym A3, czy prawie zjedzonym przez korozję CC 700...


***
Zdjęcie zaj##ane z http://superseriale.se.pl/gallery/113105/226176/telenowele-wszech-czasow-najlepsze-telenowele-ostatnich-lat-ranking/

 - Nie przywiązuj się do mnie, bo wiesz jaki jestem - powiedział Hose Ferrnado Rodriguez Ramirez do zapłakanej Fiorelli Oreiro, która w końcu doczekała się wizyty przystojnego amanta.
- Ale ja chcę cię widzieć częściej! - załkała kobieta.
- Wiesz, że to jest niemożliwe. Mam tyle spraw na głowie. Nie możemy widywać się codziennie - odrzekł z szelmowskim uśmiechem, chowając głęboko w kieszeni wyciszony przed sekundą telefon.