niedziela, 24 lutego 2013

Prestiżowe oględziny



   Grypa minęła.Mój sąsiad poprosił mnie więc, bym obejrzał mu auto przed zakupem. Chce zmienić Vectrę B na ... oczywiście! Na co może chcieć zmienić auto klasyczny obywatel RP? Jaki samochód daje obywatelowi RP co najmniej tyle prestiżu, co autograf doktora Pawicy ze "Szpitala na peryferiach"? Jaki pojazd jest tak piękny, że nie ma słów określających jego piękno? Co jest w stanie przyćmić nawet wschód słońca nad Morzem Karaibskim? Jaka fura, postawiona na przykościelnym parkingu w niedziele obliguje nas do zamiany blaszanej "piątki", na papierową co najmniej "dychę", ze wskazaniem na "dwie dychy"? Nie powiem. Zagadka.
   Typ znajomego padł na dwa egzemplarze z silnikiem o zapłonie samoczynnym. Pierwszy z nich - krajowy, bezwypadkowy, o przebiegu ponadnormatywnym - dwieście trzydzieści tysięcy kilometrów. Właściciel (drugi od nowości) stwierdził przez telefon, że auto jest bardzo ładne, malowany ma tylko jeden błotnik, który w przeszłości był, standardowo jak to u nas - nie rozpie#dolony, tylko przerysowany na parkingu. Kiedy podjechaliśmy na podwórko gościa i zobaczyłem okaz, nie chciało mi się nawet wysiadać z auta. Piękne, srebrnousrane, mieniące się dziesięcioletnie kombi urzekło mnie do tego stopnia, że do teraz jestem "urzeknięty". Nawet herbata nie smakuje już tak samo. A te listwy boczne umęczone farbą pod kolor... Też chciałbym takie! I ten "grill" podobnie umazany... Też chciałbym taki...
   W końcu wylazłem z auta, na wstępie zawiało mi po plecach, więc już byłem w pełni pozytywnie nastawiony do oględzin. "Drugi Właściciel Od Nowości", kiedy zobaczył w moich łapach miernik grubości lakieru, trochę się zmieszał. Zmazałem palcem brud z dachu i przyłożyłem sondę - wynik 90 mikrometrów. Oryginał. Wiedząc bez mierzenia, że na tym elemencie ten oryginał się kończy, spojrzałem na gościa i zapytałem go, już twarzą w twarz, nie telefonicznie:
- Co było w aucie robione? Jakie elementy były lakierowane?
 Jego mina, którą można w skrócie opisać - "znowu w życiu mi nie wyszło", była bezcenna. Zrezygnowany odpowiedział:
- No, eee, hmmm, dwa boki i maska, i tylna klapa...
Pozostawiłem to bez komentarza, choć w tym momencie powinien dostać już w łeb. Pomierzyłem resztę z ciekawości, czy miernik złapie gdzieś skalę. Łapał, ale tylko temu, że jest wyskalowany od zera, do chyba trzech tysięcy mikrometrów.
   Wewnątrz auta gnój i syf, wszystko umęczone tak, że jestem pewien, iż przebieg z licznika pokazywał stan na luty 2006 roku. Silnik odpalił mniej więcej jak poczciwy C330, którego często spotykamy jeszcze na pozamiejskich bocznych szosach, toczącego się z taką prędkością, by kierujący, zmęczony do tego stopnia, że głowa opada mu na kierownicę podczas jazdy, mógł w pełni panować nad wirującym mu krajobrazem.
   Nie chciało mi się już tracić czasu. Powiedziałem do sąsiada, żebyśmy już jechali, bo wieje mi po plecach. Pojechaliśmy oglądać kolejną "Perłę Prestiżu Polskiego". Tą drugą machinę sprzedawał jakiś kolega po fachu - handlarz. No i muszę stanąć w obronie gościa. Niestety, polubiłem kolesia. To już lubię dwóch.
   Przebieg luksusowego kombi - sto siedemdziesiąt tysięcy kilometrów - skwitował uśmiechem i stwierdzeniem: "pewnie taki kiedyś był". Generalnie ta druga "ikona polskiej szosy" była trochę lepsza od poprzedniego okazu. I tak go niestety odrzuciłem, choć silnik pracował o niebo lepiej i środek był mniej wymęczony. Na pierwszy rzut oka widać było, że parę elementów blacharki zostało kupionych "pod kolor", ale składacz się nie postarał. Ten samochód miał przynajmniej - zgodnie z telefonicznymi zapewnieniami sprzedającego - jeden błotnik lakierowany. Reszta oryginał.
   Zwinęliśmy się szybko do domu. Nie chciałem koledze polecać tego auta, bo choć nie wyglądało najgorzej, to miałem przy nim jakieś takie odczucie, które czasem pojawia mi się, gdy widzę wytapetowaną, zmęczoną kobietę z życiorysem na twarzy wypisanym. Zawsze można zaryzykować bliższą znajomość, bo czasem pozory mylą, ale po co? A po drugie tam też wiało.
   Jaki morał z dnia dzisiejszego? Jeśli chcesz poczuć prawdziwy prestiż, jeśli chcesz zaparkować pod kościołem w miejscu dla VIP-ów, w miejscu, które w słoneczny dzień bije blaskiem plastikowych "pakietów chrom" - nie bierz mnie na oględziny, bo marudny jestem. I nie lubię jak mi po plecach wieje, a nie mam kostiumu teletubisia.

Na koniec jeszcze zagadka (każdy dwulatek powinien zgadnąć).

Co to za tajemnicze "fury" były?

Nagród nie ma, bo kryzys ;-)

piątek, 1 lutego 2013

Obwieszczenie. Już można klinąć Lubię!




Uwaga! Uwaga!


   Po czasie idę z duchem czasu! Po wielogodzinnym kombinowaniu, po wnikliwej i burzliwej dyskusji cechującej się wzajemnym zrozumieniem, Rada Starszych uchwaliła sobie...to co chciała. Otóż tak coś naczarowałem, że wstawiłem przycisk "Lubię to". Umieściłem go na górze strony - po prawej. Chyba, że go tam nie umieściłem, ale mi się tak wyświetla.
   Nie do końca wiem o co tu chodzi, ale pewnie o to, żeby każdy Szanowny Czytelnik, który nie jest oburzony i zniesmaczony wpisami zamieszczanymi przeze mnie, mógł wyrazić swoją daleko idącą, płynącą ze szczerego serca aprobatę dla poczynań autora. Chyba nie da się ustawić "Nie Lubię To", więc nie będę wiedział ilu Czytelników obraziłem, ilu mnie nie lubi itd. I niech tak pozostanie. Wolę żyć w błogiej nieświadomości.
   Zachęcam więc Was do klikania. Posty będę udostępniał na fejs.zbuku i może czasem w wolnej chwili coś tam wyskrobię. I tak nie wiem do końca, o co tu chodzi, ponieważ zawsze byłem antyfejsbukowy i dalej jestem. Po prostu - nie chcem, ale muszem.

   Korzystając z okazji chciałem Wam wszystkim podziękować za to, że wpadacie tutaj, za to, że czekacie na kolejne wypociny me ( i to w wielu przypadkach z niecierpliwością nawet), za komplementy, jak i również za krytykę (tej najbardziej nie lubię ;-) )


   Liczę na Wasze głosy, ponieważ oczywiście kiedy zdobędę wielką popularność, będę kandydował na prezydenta, premiera, czy jakiegoś tam posła, bo przydałoby się w końcu w cztery lata ustawić do końca życia. Człowiek pracuje i efektów brak, a tam czeka ELDORADO! Jak już będę miał milion tych "lajków", to na pewno zostanę jakimś senatorem. Tak mi babcia zawsze powtarzała.

Dobra. Kończę, bo bredzę...

czwartek, 31 stycznia 2013

Auto do 1000 zł

   Wielu ludzi potrzebuje auta do przemieszczania się z miejsca A, do nieodległego miejsca B. Wiem, że do oddalonej o dwa tysiące pięćset metrów pracy można jechać nawet Kamazem, czy Touaregiem 5.0 TDI - co z tego, że do Kamaza trzeba "bić" powietrze do układu przez godzinę, a w zimie, na takim odcinku Touareg (nawiasem mówiąc - dla mnie beznadziejny i paskudny jak Audi Q7) tylko się niszczy i spala więcej niż wspomniane dzieło radzieckiej (teraz już rosyjskiej) myśli technicznej. Można. Jak to mówił mój prymitywny, były znajomy - zanim komornik zajął mu nawet krzesło bujane - "kto bogatemu zabroni"...
   Z racji takiej, że nie jesteśmy społeczeństwem zamożnym, a o samochodach za milion "średnich krajowych" możemy poczytać gdzie indziej (i zapewne tam jest to lepiej zrobione, niż byłoby u mnie), chciałbym opisać wrażenia z jazdy samochodem dostępnym dla szerszego grona odbiorców. Dzisiaj na tapetę biorę furę, którą możemy nabyć posiadając tysiąc złotych.
   Nie mam tu na myśli Polskiego Fiata 126p, gdyż dla mnie jest to auto do d#py. Zdawałem nim prawo jazdy dawno temu i obiecałem sobie, że po egzaminie nigdy do niego nie wsiądę. Słowa dotrzymałem. Fura oczywiście budzi wielką sympatię wśród ludzi, którzy poza "Maluchem" jeździli tylko PKSem, PKP lub na rowerze. Ja wybieram rower! Nawet zimą wolę... Sorry jeśli się naraziłem komuś, ale poza miłością do egzemplarzy z wczesnych lat produkcji, uczucie do "Malucha" jest dla mnie czymś absolutnie niezrozumiałym. Tak na marginesie - najbardziej w tym aucie podobały mi się zawsze fotele z plastikowej skóry. Szczególnie latem, w czasie upału. Wiem, bo jak w każdej szanującej się polskiej rodzinie - i u mnie był "Maluch" w garażu (licznik miał tak profesjonalnie cofnięty, że nawet jak stał, to już jechał 40km/h).
 Wspominając o aucie za tysiąc, mam oczywiście na myśli Fiata Cinquecento 700. Jest to jedyny Fiat, którego lubię. Nie wiem nawet czemu. Szczególnym uczuciem darzę egzemplarze z japońskim gaźnikiem Aisan. To jest legenda - coś jak Pierburg 2E w Volkswagenie. Dwa tysiące osiemset kilometrów przewodów podciśnieniowych upchanych pod maską i co jeden, to bardziej zbędny. Kiedyś kupowaliśmy CC700 od gościa, który stwierdził, że Aisan jest rewelacyjny. Pojawia się problem z obrotami - kolejny wężyk zaślepiony blachowkrętem i "fura zapie#dala jak szatan". I miał rację - ostatnie Cinquecento zawiozłem do znajomego mechanika, bo gasło. Popatrzył, podrapał się po głowie, jeden wężyk wymienił, jeden zaślepił i ... cud! Podobnie było z wspomnianym wcześniej Pierburgiem w Golfie II (oj, "utłukłem" tym autem kiedyś pół miliona kilometrów). Wyskakiwały w czasie jazdy wysokie obroty - zaślepiony wkrętem wężyk i po problemie, gasł na wolnych - zaślepiony wężyk i po problemie. I można było tak bez końca!  Po paru miesiącach gaźnik wyglądał jak arcydzieło sztuki nowoczesnej nadające się na eksponat w Centrum Pompidou. Sto czarnych wężyków wystających ze srebrnego korpusu i każdy zaślepiony inną śrubą.

Ten cudownie cudowny egzemplarz poszedł do znajomej. I nawet jeszcze się do mnie odzywa ;-) (znajoma, nie egzemplarz)
   Dlaczego "Siedemsetka" jest fajna? Bo jedzie do przodu. Tanio jedzie do przodu. Grzeje w zimie i to w miarę nawet wydajnie. Jeśli tylko trafimy na egzemplarz nieuzdatniany w stodole przez inżyniera Motodoktora i magistra Piankę jest szansa, że poprzemieszczamy się w tani sposób przez dłuższy czas i nie wypadniemy z fotelem na drogę.
   Wygląd zewnętrzny "rakiety" wcale jakoś mocno nie razi brzydotą. Ot, parę ładnych lat minęło od wprowadzenia do sprzedaży modelu, więc z wytworami czasów plastikowo-fejsbukowych konkurować nie może, ale źle nie jest. Samochód oczywiście wygląda jak pewien przedmiot AGD stworzony po to, by żony mogły godzinami wypominać, że bez nich to byśmy chodzili jak krowie z d#py wyciągnięci, ale to dobrze, że przynajmniej coś przypomina, bo taka np. Siena jest podobna zupełnie do niczego. Oj, przepraszam - przypomina mi delikatnie poużywane mydło.
   Kilka słów o wrażeniach z jazdy. Kiedy już trzaśniemy drzwiami i usłyszymy to charakterystyczne "plum" (jak w W124 ... prawie...)... wtedy musimy pociągnąć za klamkę i trzasnąć jeszcze raz, tylko bardziej energicznie. Bywa, że czynność trzeba kilkakrotnie powtórzyć. Jak już odniesiemy sukces w tej czynności i wrota się za nami zatrzasną na dwa ząbki zamka, czeka nas jeszcze większe wyzwanie - odpalenie dwucylindrowego reaktora. Musimy bardzo uważać, żeby nie zalać świec (ach, gdzie te czasy samochodów z ręcznym ssaniem, gaźnikami...już zapomnieliśmy... ). Pociągamy wajchę ssania do siebie i przekręcamy kluczyk. O tym, że silnik "zagadał" mówią nam najczęściej obroty na jakie wskakuje po odpaleniu na ssaniu. Gdyby był obrotomierz - nie starczyłoby skali. Ale to musi być dobre dla motoru - szczególnie na mrozie. Często jeszcze o rozpoczęciu pracy przez silnik, informują nas rozpaczliwe jęki panewek i popychaczy zaworów. Pomoc doraźna - wspomniany już kiedyś "remont w płynie", jednak jeżeli samochód jest świeżo zakupiony musimy uważać - bardzo prawdopodobne, że olej silnikowy zastąpiony już został w całości Doktorem Glutem (kto widział ten wie, czemu glutem).
   Jedziemy! To znaczy - chcemy jechać, ale najpierw czeka nas kolejna przygoda - musimy znaleźć odpowiedni bieg! Lewarek zazwyczaj rusza się tak, jak kij wrzucony do garnka. Kilka razy zamiast "jedynki" wrzucamy "trójkę", auto oczywiście gaśnie. Kolejna próba odpalenia powoduje zalanie silnika... Po kilku jeszcze startach orientujemy się, że nie wyłączyliśmy świateł w czasie kręcenia rozrusznikiem i akumulator odmawia współpracy. Idziemy do sąsiada po kable i prosimy, by podjechał swoim prestiżowym Passatem B5 w dizelku w celu użyczenia prądu. Na takim prądzie maszyna odpala nam w sekundę. Teraz już nie zgaśnie, nawet jedynka wskakuje od razu! Zawstydzona "siedemsetka" zrobi wszystko, by nie wypaść źle. W końcu prądu udzielił jej sam Król Polskich Ogłoszeń w pakiecie chrom!
   Stopery w uszy i gnamy na szosę! I tu zdziwienie - auto całkiem fajnie jedzie! Z górki potrafi nawet osiągnąć 140 km/h. Przekroczyć barierę dźwięku się bałem, ale pewnie by poszedł... (prawdopodobne jest też, że licznik zawyżał o jakieś 100km/h, ale tej wersji nie biorę pod uwagę. Czuć było prędkość!)
   Zakładając, że mamy już zaślepione co trzeba w układzie zasilania i Fiat nam nie gaśnie, to poruszanie się nim w mieście jest bardzo przyjemne. Zaparkować możemy wszędzie, promień skrętu jest dobry. Nie można się czepiać. Jeżeli chodzi o przyspieszenie - takowe w tym pojeździe nie występuje. "Sprint" od 0 do 100 km/h trwa tydzień, ale kto kupuje "Siedemsetkę" żeby nią przyspieszać...
   Spalanie jest uzależnione od wielu czynników - stopnia zaawansowania zaślepień, regulacji gaźnika, blokowania hamulców, wagi teściowej i tak dalej... Waha się od 5 do 10 litrów na 100 km.
   Korozja. Ona lubi Fiata. Uwielbia zjadać progi i podłogę, ale nie wypluwa też innych elementów. Zdarzają się egzemplarze nienadgryzione - po dziadku, garażowane, ale zazwyczaj są droższe niż tysiąc.

   Reasumując - ktoś powie, że jestem cynicznym bucem i śmieję się z taniego miejskiego samochodu. Można mi wierzyć lub nie, ale ja CC700 bardzo lubię. To jest dobry samochód. Na dojazd do pracy, na zakupy, na niedzielny wyjazd do cioci Albiny - jest wymarzony! Jechałem nim nawet sto kilometrów bez zatrzymania i odpoczynku, przy dźwiękach oryginalnego radia Safari i jakiejś obejmy metalowej tłukącej się o podłogę! Dało się! Choć fotele nie należą do wygodnych, dojechałem cały i zdrowy. Szczerze polecam ten bolid!

P.S. Aktualnie nie mamy żadnego w ofercie.

Gustowna kratka w zderzaku podkreślająca sportowy charakter auta. Zaryzykuję stwierdzenie, że jest to różowy wóz dla prawdziwego menszczyzny. Kupiła go baba. Ukradła mi nawigację Garmin. A zjedz sobie ją kobieto! Wybaczam! Cóż za gest...

Zalety auta:
- cena, a dokładnie połączenie ceny z możliwością przemieszczania się
- wymiary zewnętrzne pozwalające zaparkować auto nawet na pace w Polonezie Trucku
- koszty eksploatacji - znikome. Pan Heniek może wszystko zadrutować, a czego nie da się rozwiązać drutem i blachowkrętem, można naprawić młotkiem.
- widoczność dookoła jak w budce telefonicznej
- brak popytu wśród złodziei - można nie zamykać. I tak nikt tego nie ukradnie, bo albo zaleje świece, albo nie znajdzie biegu.
- zalet jest tyle, że brakłoby internetu, żeby je wszystkie opisać, więc na tym zakończę.

Wady auta:
- rdza. I wszystko w tym temacie jasne.
- stuki w silniku - albo zawory, albo panewki, albo obie możliwości plus jeszcze coś.
- "dzwoniący" łańcuszek rozrządu - kosztuje tyle, co dwa piwa w knajpie, plus kolejne dwa dla Heńka, żeby to poskładał do kupy
- osiągi - o tym nie wypada wspominać
- zapalanie na zimnym silniku - trzeba być wytrawnym zapalaczem, by zapaliło.
- bagażnik, do którego wchodzi pięciometrowy zwój drutu, papierowa torebka na śrubki, kable rozruchowe i Żubr w puszce.
- wad jest tyle, że brakłoby dwóch internetów, żeby je wszystkie opisać, więc na tym zakończę.

   Na zakończenie przytoczę słowa, jakie usłyszał pan, od którego kupiliśmy w lecie niebieskie CC700. Przed telefonem do nas dodzwonił się do jakiegoś przemiłego handlarza z konkurencyjnej handlarni, który po usłyszeniu marki i modelu oferowanego auta warknął do słuchawki:
- Cintek? W dupę se go wsadź!

Ignorant! Pewnie, że my kupiliśmy! Miał tak fajnie złamany fotel kierowcy, że żal było nie brać...

czwartek, 10 stycznia 2013

Handlarz i mały, wąsaty chytrusek.








   Historyjka wydarzyła się niedawno. Kupiłem Peugeota 206 z 2004 roku, z LPG. Auto ładne, krajowe, od właściciela, który dużo pieniędzy zostawił w ASO (odziedziczyłem faktury). Spokojnie mogłem stwierdzić, że samochód był bezwypadkowy - cała płyta podłogowa w stanie fabrycznym, poza prawym przednim błotnikiem i maską wszędzie lakier oryginalny, szyby oryginalne. Auto po umyciu, wypraniu i nawoskowaniu wyglądało imponująco. Naprawiłem sto pierdołków zepsutych i wystawiłem ogłoszenie z ceną siedem tysięcy złotych, do negocjacji.
   Każdy rozsądny zapyta - czemu tak tanio? Przecież za sensowną dwieścieszóstkę z tego rocznika trzeba dać dziesięć, jedenaście tysięcy zł. Powód prozaiczny - auto miało do naprawy tylną belkę. Lewe koło było delikatnie "w minusie", źle się Peugeota prowadziło. Co prawda nic jeszcze ( o dziwo ) nie stukało, ale niebawem zapewne miało zacząć...
   W ogłoszeniu opisałem wszystko - włącznie z grubością lakieru na każdym elemencie. Nie pisałem o zawieszeniu - zamieściełem adnotację, że pozostałych informacji udzielam telefonicznie. I tego pożałowałem! Zaczęły się telefony. Codziennie kilkadziesiąt osób, żądnych Peżota z salonu TANIOOO i od pierwszego właściciela, nie dawało mi żyć. Takiego nawału debilizmu jeszcze nie spotkałem. Każdy, powtarzam każdy dzwoniący zaczynał od najbardziej wk#rwiającego mnie zestawu pytań - czy jestem właścicielem, czy jestem pierwszym właścicielem, czy też aby przypadkiem nie jestem handlarzem, jak sprawowało mi sę autko przez te lata i tak do bólu. Jak łatwo się domyślić  - już na tych pytaniach ponosiłem porażkę. Jeżeli nawet zdarzył się ktoś, kto chciał jeszcze przejść do kolejnych kwestii, kończył rozmowę po tym, kiedy słyszał ode mnie, że w tym bezwypadkowym, jednym z najtańszych w Polsce Peugeotów 206 z 2004 roku trzeba coś naprawić. KAŻDY myślał, że jakiś pajac-filantrop sprzedaje w cenie "ćwiarowanego" ulepa auto "nie wymagające pier#olonego wkładu finansowego", że jakiś niespełna rozumu darczyńca robi prezent świąteczny pazernemu Polakowi! Do nikogo nie trafiało, że po zakupie (i stargowaniu ceny), zrobieniu tylnej belki - i tak bedzie miał, za niespełna  osiem tysięcy zł. zadbane, niestare, bezwypadkowe auto z wtryskiem gazu.
   Telefonów odbierałem dziesiątki. Nawet ktoś miał czelność dzwonić po 23:00. Nie odbierałem, więc raz za razem ponawiał próbę dodzwonienia się do mnie.


   Apogeum wk#rwienia osiągnąłem w Boże Narodzenie. Po południu zadzwonił mi telefon (mnie się to w głowie nie może pomieścić jak można o auto zadzwonić w taki dzień, ale może zbyt głupi jestem, by pojąć). Po głosie w słuchawce w momencie ułożyłem sobie w głowie portret dzwoniącego - gość przed sześćdziesiątką, łysiejący, z wąsem, grubawy, w skórzanej kamizelce naciągniętej na białą koszulę. Pewnie jeszcze miał skórkowy krawat. On musiał tak wyglądać! Pazerny głos w słuchawce nie wyskrzeczał nawet przywitania, nie wspominając o "przepraszam, że w taki dzień, ale.." Usłyszałem:
- Tak sobie przeglądam ogłoszenia i zauważyłem Peżocika. Pan jest pierwszym właścicielem? Nie mam do czynienia z jakimś handlarzem?
W pierwszym odruchu miałem mu wygłosić po łacinie bożonarodzeniowe kazanie, ale zanim zabrałem głos, w głowie ułożył mi się nagle iście szatański pomysł.
- Tak, oczywiście proszę pana. Jestem pierwszym właścicielem autka, nie żadnym handlarzem.
Grzecznie i potulnie odpowiedziałem.
- To świetnie, bo handlarze to sku#wiele i gnoje i w życiu od takiego nie kupię! A to może mi pan Peżocika troszkę przybliży?
- Jasne. Już opowiadam o naszym Peżociku. Otóż kupiliśmy go z żoną w 2004 roku w salonie, używała go wyłącznie żona, niewiele jeździła, serwisowaliśmy tylko w autoryzowanej stacji obsługi Peugeota. Nie mieliśmy zamiaru sprzedawać, ale była promocja na rocznik 2012 i kupiliśmy sobie nową "dwieścieósemkę". Nawet w  październiku oddaliśmy samochodzik do ASO na wymianę rozrządu, oleju i całego zawieszenia z przodu i z tyłu.
- Myślę, że ma pan na to potwierdzenie w książce serwisowej?
- Ależ oczywiście, że tak!
- I to co pan pisze, że bezwypadkowe, to prawda, tak?
- Jak mógłbym kłamać. Żona kiedyś na parkingu, pod sklepem przytarła w inny samochód i malowaliśmy błotnik i maskę. Oczywiście w serwisie autoryzowanym, bo ja wie pan, wolę zapłacić więcej, ale zlecić naprawę fachowcom. Nie ufam tym oszustom mechanikom.
- A z ceny pan zejdziesz? Bo drogo trochę.
- No, to przecież jasne!
- A opony letnie pan daje oczywiście?
- Tak, mam oryginalne szesnastocalowe alufelgi i nowe opony, w sierpniu kupione, za tysiąc sześćset złotych (co także było totalną bzdurą, bo miałem do niego letnie opony czternastocalowe, bez felg - takie jak dostałem od sprzedającego).
W trakcie taj wymiany uprzejmości słyszałem, jak gość dostaje świra do głowy. Jak odzywa się już zamiast niego "megapazerny okazjoszukacz", jego łapska w myślach już zagarniały dla siebie tę hiperokazję, w jego oczach błyszczały znaczki $ i pulsowały jak zepsuta sygnalizacja świetlna. Tego mi było trzeba! Zabawę czas kontynuować. Teraz musiało nastąpić ostudzenie. Mówię:
- Ale widzi pan, jest jeden malutki problem w chwili obecnej...
- Jaki?!
Przerwał mi przerażony głos.
- Bo wie pan, ja obiecałem przytrzymać auto koleżance do Nowego Roku. Ona je chce kupić, tylko kredyt musi załatwić.
- Jaki kredyt? Gdzie teraz załatwi? Pewnie nikt jej nie da, a ja, eee.... ja bym dzisiaj, ja żonie na imieniny chciałem... ja bym teraz, ja nie mam daleko, bo żona ma trzynastoletniego matiza i on się sypie... że gnije znaczy, a ja dla żony na imieniny dzisiaj albo jutro, ale najlepiej dzisiaj, z kasą przyjadę i wypłacę... i biorę!
Zupełnie łamiącym się głosem, jąkając się dukał jegomość- niedoszły szczęściarz.
- No widzi pan, ja tak nie mogę. Honorowy jestem. Obiecałem, że zarezerwuję i muszę dotrzymać słowa.
W tym momencie wpadł mi jeszcze jeden genialny koncept sadystyczny. Dodałem:
- A właściwie, to ja koleżance może trochę niską cenę za dwieścieszóstkę powiedziałem, bo cztery i pół tysiąca...
To było już za dużo dla pana. Zaczął do mnie wykrzykiwać:
- Czyś pan zwariował? Panie dwa tysiące piechotą nie chodzą! Chrzań pan koleżankę! Ja daję siedem i jestem z kasą za chwilę! Biznes is biznes! To kasa! Bo ja tego Matiza mam ... trzynaście lat... się sk#rwysyn j#bany sypie, to złom już, a ja dla żonki na imieniny bym tego Peżocika natychmiast, bez gadania! Olej pan jakąś koleżankę! Ja już wsiadam w auto... i ja już...
- Niestety nie da rady. Ja proszę pana dobrze zarabiam i dla mnie te dwa, trzy tysiące nie stanowią problemu. Poza tym ja aktualnie w Gdyni jestem i wracam po Nowym Roku, więc niech pan do mnie zadzwoni koło 3 stycznia. Nie jest pan pierwszym dzwoniącym i było już wielu przed panem, więc układa się kolejka oczekujących, ale proszę dzwonić koło 3 stycznia.
- Panie, to ja będę dzwonił, ale weź mnie pan pod uwagę na pierwszym miejscu! Na hasło "Olkusz! To ja będę i niech pan ... na pierwszym miejscu... bo ja ... żonie tego Peżocika...
- Proszę zadzwonić po Nowym Roku
- Dobrze, to ja będę dzwonił, ale nich Pan mnie pierwszego ... poza kolejką!!!


   Przed Sylwestrem dzwoni mi znowu "Hasło Olkusz" i pyta, czy koleżanka kupiła.
- No niestety jeszcze nie załatwiła kredytu.
Odpowiadam, na co on:
- Lej pan na nią! Ja bym już był, a ona jak w dwa dni nie dostała, to już nie dostanie! Panie kasy pan nie chcesz?  Ja chcę właśnie takie autko od właściciela dla żony! Na Sylwestra bym jej kupił takie auteczko! Ja nie chcę żeby jakiś sku#wysyn handlarz to kupił, bo ich się powinno wieszać!
- No niestety, proszę dzwonić po Nowym Roku. I tak będę czekał na decyzję koleżanki...
- Ale lej pan na nią! Ona potem nie kupi, a jakiś handlarz wyrwie mi auteczko!

   I tak trwała rozmowa - taki miks rzygania na handlarzy i błagania o zrobienie w konia wyimaginowanej koleżanki. Plan miałem na wstępie taki, żeby panu, kiedy zadzwoni po Nowym Roku powiedzieć, że przecież to jemu chyba godzinę temu sprzedałem "auteczko", bo ktoś przedstawił się, że z Olkusza dzwoni, czyli podał właściwe hasło, przyjechał, zapłacił pięć dwieście i zabrał "cudeńko", ale szczerze powiedziawszy znudził mnie ten bełkot. "Szyfrant" zadzwonił 2. stycznia i usłyszał ode mnie, że koleżanka kredyt dostała i sprawa jest nieaktualna. Ależ zapłakał do słuchawki...


   Wiem, że dzisiejszy tekst jest tak naprawdę głupi, ale uwierzcie mi, że momentami mam serdecznie dosyć rozłączanych rozmów, po oznajmieniu że handluję samochodami. Mimo, że uczciwie informuję o wadach i zaletach sprzedawanego samochodu - traktowany jestem jak cytowany wcześniej "sku#wiel i gnój". Dlaczgo tak się zachowałem w stosunku do tego pana?
Po pierwsze - nie miałbym tyle tupetu, by dzwonić o samochód w Boże Narodzenie (ten pan miał, bo zobaczył OKAZJĘ i chciał być pierwszy. Bał się, że mu ją ktoś sprzątnie sprzed nosa i w dupie miał, że są święta - on już w myślach chwalił się przed szwagrem, jakie to cudeńko wynalazł i jaki matoł je sprzedawał). Po drugie - niemal na przywitanie usłyszałem piękną łacińską wiązankę komplementów pod swoim adresem. Po trzecie - ten chciwy głos w słuchawce! Jak ja nienawidzę takich ludzi! Po czwarte - nagadywanie, bym wystawił do wiatru swoją niby-znajomą - to takie polskie! Jak ja nienawidzę takich ludzi!

   Zepsułem mu święta, zepsułem mu sylwestra i chciałem go dobić na nowy rok, ale zlitowałem się. Mógłby jeszcze zawału dostać, gdyby dowiedział się, że ktoś był chytry i go podkupił. Wiem, że on przez tych kilka dni nie spał po nocach, obmyślał plan, zastanawiał się jakiego użyć argumentu, żeby mnie przekonać... Jak ja nienawidzę takich ludzi! Nie lubię i mam to gdzieś, że zachowałem się jak piętnastoletni gówniarz. Ubaw miałem niesamowity. Taka sadystyczna przyjemność...

   A Peugeota kupił normalny gość, który miał w d#pie, że jestem handlarzem. Przyjechał jako pierwszy, dałem mu porządny miernik grubości lakieru, żeby sobie sprawdził. Wszystko zgadzało się z moim opisem, przejechał się, stargował więc cenę i zabrał auto. Jestem pewien, że będzie zadowolony.

poniedziałek, 31 grudnia 2012

A na Nowy Rok...

... dla Wszystkich z Was i dla Waszych rodzin życzę z serca, by każdy dzień był powodem do uśmiechu.



   Każdemu, kto w 2013 roku zamierza zmienić samochód, życzę rozsądku w wyborze, by ta zmiana nie szła w parze z "wtopieniem", a spotkani "handlorze" byli w miarę ludzcy. Wy też nie skreślajcie tego zawodu z listy uczciwych - po prostu pamiętajcie, że cena czyni cuda, ale zawsze w drugą stronę...

P.S.
A nowe teksty niebawem. Będzie np. jak zostałem pierwszym właścicielem Peugeota ;-)

wtorek, 25 grudnia 2012

Życzę...



   Dzisiaj krótko i zwięźle. Mamy Święta Bożego Narodzenia. Nie myślę przy tej okazji rozpisywać się na tematy poruszane zazwyczaj. Na to przyjdzie czas.
   Życzę Wam wszystkim beztroskich i radosnych Świąt, odpoczynku od tempa dnia nieświątecznego, uśmiechu na twarzach Waszych i Najbliższych.
   Wszystkim, którzy wyjechali na tych kilka dni, by wrócili bez przygód na drodze i w całości.
   Tym, którzy myślą, że "po piwie", to bez problemu można do domu dojechać od szwagra - z całego serca składam życzenia - oby Wam przy odpalaniu rozrząd strzelił i dziury w tłokach wywaliło.
   Wszystkim życzę też jak najmniejszej liczby durnych życzeń - wierszyków w esemesach od znajomych, którym nie chce się napisać jednego zdania.

Świętujcie, bawcie się, bądźcie zdrowi, szczęśliwi i zaglądajcie tutaj  ;-)


poniedziałek, 17 grudnia 2012

Prezent od Niemca, czyli marzenie za grosz





Prezent od dziadka





   Wolfgang, rocznik 1925, kupuje Golfa (oczywiście TDI). Co raczej jasne, Volkswagen jest wyposażony we wszystko, włącznie ze skórzaną tapicerką i, jak to na statecznego dziadka przystało, osiemnastocalowymi felgami. Na potwierdzenie, że występuje coś takiego jak kryzys wieku późnego, nasz dziadek montuje sobie tłumik końcowy Remusa (z TÜV oczywiście) oraz delikatnie obniża i utwardza zawieszenie. Tak przygotowanym samochodem jeździ raz w tygodniu na zakupy do Würstlandu , co sobotę na spotkanie Koła Kombatantów (ach, te lubieżne spojrzenia kombatantek, kiedy parkuje swoje cudo... Lecą... - myśli staruszek za każdym razem.), a w niedzielę, für gesundheit, za miasto pospacerować z kijkami. Nasz kombatant raz na rok jedzie oczywiście do serwisu, by wymieniono mu połowę podzespołów, niezależnie od tego czy są zepsute, czy nie. Zostawia tam w kasie za każdym razem ponad tysiąc euro, ale ma tą bezcenną pewność, że jeździ autem bezpiecznym i sprawnym.      Po czterech latach, kiedy Volkswagen ma już przejechane trzydzieści osiem tysięcy kilometrów, dociera do naszego bohatera, że pojazd nie jest już nowy, że kurczące się grono koleżanek z czasów wojny, nie spogląda już na niego tak samo (może z wiekiem wzrok już nie ten...). Wystawia więc swój prawie nowy samochód (kupiony za dwadzieścia dziewięć tysięcy euro, plus pięć tysięcy koszty serwisowania), nie gdzie indziej, jak na "mobiledee" i "skauciedzwadzieściacztery" (nasz dziadzio jest przecież "oblatany" w obsłudze komputera i internetu - rząd zadbał o aktywizację seniorów, więc Wolfgang śmiga po sieci i nawet konta na serwisach randkowych posiada). Auto wycenił na trzy tysiące euro, bo przecież nie sztuką jest "bujać się" ze sprzedażą pół roku - sztuką sprzedać wóz w godzinę.
    Nawet ten rekord czasowy został pobity, ponieważ akurat w momencie zamieszczenia przez kombatanta ogłoszenia, przejeżdżający w pobliżu, wyposażony w "netbook za złotówkę" z dostępem do sieci za dwieście netbooków miesięcznie oraz Iveco z lawetą i najazdami, pan Tadeusz Nicniepuka z Wielkopolski, szukając w niemieckim necie "igiełki" na handel, wcisnął Ctrl+F5 i ... doznał olśnienia. Chwycił za telefon, wybrał numer do dziadka i drżącym głosem wydukał do słuchawki:
- Iś kaufe ain Golf, iś...ee... bin...aa.. cein minuten twój haus und iś kaufe...adresen... bite und fare cein minuten! Warten!
Po otrzymaniu adresu, ręką trzęsącą się z emocji i po sobotnich imieninach szwagra, wstukał w nawigację Spottpreisstrasse 10, zawrócił i pognał po chleb dla rodziny, niczym wicher.
    Na miejscu nasz pan Tadeusz "urwał" jeszcze trzysta euro, zapakował furę na lawetę i pojechał "nach Hause". 
    Auto wystawił w ogłoszeniu za dwadzieścia tysięcy złotych, "plus opłaty". Cena okazyjna, z dopiskiem, "Igła po dziadku najtaniej REZERWACJA". Bo przecież nie sztuką jest "bujać się" ze sprzedażą pół roku - sztuką sprzedać wóz w godzinę.
    Po kilku minutach od wystawienia Golfa miał już pierwszy telefon. Po drugiej stronie odezwał się zestresowany głos. Kazimierz Szukaj, zrozpaczony faktem, że pewnie ta okazja, jak poprzednie, na oglądanie których wykorzystał już cały urlop i wypuścił rurą wydechową całą pensję, też będzie miała "ryski i wgniotki" oraz inne "ślady użytkowania" i znowu pojedzie pięćset kilometrów na marne, wymamrotał:
- Ja w sprawie autka. Czy cena jest do negocjacji?
- Masz pan napisane, że do małej. I tak masz pan tanio!
Odpowiedział, już na wstępie z lekka zirytowany pytaniem Tadeusz.
- Ale takie są gdzie indziej po osiemnaście...
- Taaa, plus naprawa dwadzieścia! To jedź se pan kupić za osiemnaście! Mój nie ma nawet ryski i jest za dwadzieścia!
- A jakieś wgniecenia?
- Była ryska na zderzaku, to żem pomalował i nawet nowy zderzak żem kupił.
- A ten przebieg, to oryginalny? Ma pan potwierdzenie?
- Panie! Dziadek z 1925 roku tym jeździł. Do kościoła tylko i na zakupy. Samochodzik jest jak nowy! Lać i jeździć! Panie igiełka! Dla żony przywiozłem, ale ona chce kombi, eee ... to znaczy mniejsze chce, takie Lupo, czy coś... Że to za duże dla niej, mówi. Jak pan zobaczysz, na pewno pan kupisz. Jak nowy, mówię.
- A bezwypadkowy jest na sto procent? Bo ja rodzinę chcę wozić.
- Nawet na dwieście! Mówię, że zderzak był przerysowany i tyle.
- To niech mi pan poda adres, ja już wyjeżdżam. Tylko mam pięćset kilometrów, to myślę, że mówi pan prawdę. Jak jest porysowany - to nie kupię. Przytrzyma mi go pan do popołudnia?
- Tak jedź pan. Nie sprzedam komu innemu. Byłeś pan pierwszy, to przytrzymam.




    Po ośmiogodzinnej podróży w niewygodnym i głośnym Lanosie, oczom Kazimierza i jego zięcia ukazał się, zaparkowany na podwórku, pod stodołą, piękny, lśniący Golf VI. Oniemieli. Toż to okazja nad wszelkimi okazjami! Lakier jak nowy! Wszystko jak nowe! Prezent od obywatela niemieckiego dla obywatela polskiego!
- Zenku, pogadaj z panem, ty taki wygadany jesteś, żeby urwał jeszcze z tysiąca i bierzemy! Ten ubek spod dziewiątki na zawał zejdzie jak zobaczy cośmy trafili!
Szepnął Kazimierz do zięcia.
Zięć pogadał, Tadek urwał. Pojechali na jazdę próbną. Toż to porównania do Lanosa nie ma!- pomyślał Kazimierz, manipulując przy klimatyzacji. - Tym się płynie, nie jedzie!
- Troszkę mi go ściąga na lewo
Zauważył po przekroczeniu 80 km/h.
- Aaa... to na pewno koło dopompować trzeba.
Stwierdził właściciel, bagatelizując uwagę "przypalonego" Kazia
- No laleczka! Podoba mi się! Piszemy umowę.
Nowy nabywca nie przejął się, że w rubryce "sprzedający" (a dokładnie Verkäufer), widnieją dane jakiegoś Niemca. Widocznie tak ma być - pomyślał, podając swoje dane z dowodu.
    Zapłacili, pojechali. Z racji tego, że wskazanie zasięgu na komputerze pokładowym wyświetlało 0 km, podjechali na stację benzynową zatankować. Zjedli po hot-dogu, napompowali koła i ruszyli w dalszą podróż do domu. Wskazanie komputera nie zmieniło się - dalej zasięg był zerowy, a Golfa nadal "ciągnęło" na lewo...




Dar od wnuczka
 

    Zaraz po zdaniu egzaminów na prawo jazdy, młody Alex udał się ze swoim dziadkiem -Wolfgangiem do salonu Volkswagena, zamówić prezent obiecany na tę okazję. Wybór padł na Golfa VI z dwulitrowym silnikiem TDI. Kolor czarny, jako dodatkowe wyposażenie wnuk wybrał sobie tapicerkę ze skóry oraz osiemnastocalowe felgi aluminiowe. Po odbiorze samochodu, zarejestrowanego na dziadka, Alex zamówił sobie jeszcze sportowe zawieszenie i nietani wydech końcowy Remusa.
    Biorąc pod uwagę, że młody posiadacz Golfa VI dostał pracę w miejscowości odległej o osiemdziesiąt kilometrów i pięć razy w tygodniu musiał tam dojechać, prezent od dziadka okazał się bardzo przydatny. Przebieg Golfa rósł jednak dosyć szybko. Niestety, nowe auta nie są już tak trwałe, więc dosyć często samochód lądował w serwisie. Na ilość awarii wpływał też fakt, że chłopak, z racji młodego wieku, nie obchodził się z prezentem zbyt delikatnie. Weekendowe wypady na imprezy ze znajomymi zazwyczaj wiązały się z "paleniem gumy" (na ile moc pozwalała) i wyścigami poza miastem.
    Pewnej sobotniej nocy młody Niemiec "nie dostosował prędkości do warunków panujących na drodze" i na łuku wypadł na lewy pas, wprost pod nadjeżdżąjące z naprzeciwka auto. Huk był straszny, na szczęście poza złamaną ręką u młodego kierowcy i potłuczeniami innych uczestników zdarzenia, nic się nikomu nie stało.
    Gorzej było z naszym głównym bohaterem, czyli Volkswagenem. Lewa podłużnica przestała istnieć, poduszki powietrzne odpaliły, a siła uderzenia wyrwała wręcz silnik. Tej nocy Golf zyskał pewną cechę, właściwą pojazdom emigrującym w kierunku wschodnim - stał się autem "nur für händler oder export". Jakakolwiek naprawa auta nie wchodziła bowiem w grę z punktu widzenia bezpieczeństwa oraz opłacalności.


    Po kilku tygodniach firma ubezpieczeniowa wypłaciła Wolfgangowi pieniądze za skasowany pojazd, a ów wrak znalazł się w szeregu podobnych, na placu "Izmir Totalschaden". Śniady potomek Kara Mustafy - właściciel szrotu - wiedział, że samochód długo u niego miejsca nie zagrzeje. Cena - tysiąc osiemset euro miała pomóc szybko znaleźć na niego kupca.
    Tak też się stało. Akurat swój cotygodniowy tour szrotowy kontynuował, wyposażony w "netbook za złotówkę" z dostępem do sieci za dwieście netbooków miesięcznie oraz Iveco z lawetą i najazdami, pan Tadeusz Nicniepuka z Wielkopolski, szukając w niemieckim necie i po okolicznych "okazjodajniach" "igiełki" na handel. Gryząc, przygotowaną jeszcze w Polsce przez żonę, bułkę z kotletem mielonym i jajkiem, wszedł na stronę pobliskiego "Izmir Totalschaden". Niejedną okazję znalazł już u przyjaciela Osmana, niejeden tysiąc euro zarobił.
    Kiedy zobaczył w ofercie czteroletniego Golfa VI ze zmiętym przodem, przypomniało mu się, że ostatnio chłopaki "na dziupli" cięli właśnie takiego samego. Szybki telefon zaufania, znajomy potwierdził, że są "na stanie" części w promocyjnych cenach i pan Tadeusz ruszył do Turka po rozbitka.
Na miejscu zawahał się chwilkę, ponieważ na zdjęciach auto wyglądało troszkę lepiej, ale ostatecznie stargował trzysta euro, załadował kupę żelastwa na lawetę i pognał "nach Hause".
    Golf VI (tak przynajmniej wynikało z "papierów", bo patrząc z przodu, identyfikacja modelu była mocno utrudniona) na drugi dzień trafił w dobre ręce, a mianowicie w "ręce, które leczą", tanio leczą. Sąsiad Tadeusza - Zbyszek Blachowkręt - był naprawdę dobrym fachowcem. To znaczy potrafił czynić cuda, pod warunkiem, że nie wpadał akurat "w ciąg". Dawno temu robił nawet auta dla pewnego ASO, ale po aferze w internecie (ktoś gdzieś wygadał się, że serwis naprawia blacharkę u podwykonawcy w stodole, pojawiły się zdjęcia i zrobił się mały skandal) zerwano z nim umowę. Wtedy to właśnie urażona ambicja Zbyszka pchnęła go w "nadużywanie". Reasumując - fachowiec dobry, ale jak się ręka trzęsie, to "kątówka" lubi czasem sama zadecydować, jak ciąć blachy...
    Ponad miesiąc miejscowy "rzeźbiarz" walczył w przydomowym warsztaciku, by to coś, co przedsiębiorca "przytargał" z Niemiec wyglądało jak Golf VI. Kłopoty ze sprzętem oraz wspomnianym już utrzymaniem równowagi sprawiły, że wstawiona ćwiartka nie do końca równo "siadła". Ale, jak to stwierdził Donatello fachu blacharskiego - "trochę płaskownika, parę podkładek i będzie bezwypadek". Tak też się stało. Po ciężkich bojach z oporną materią, z blacharnio-lakierni wyjechał bezwypadkowy Golf "po dziadku"...



Dwa tygodnie później:
- Toż to okazja nad wszelkimi okazjami! Lakier jak nowy! Wszystko jak nowe! Prezent od obywatela niemieckiego dla obywatela polskiego!
Krzyknął do zięcia oniemiały z wrażenia Kazimierz Szukaj...