Prezent od dziadka

Wolfgang, rocznik 1925, kupuje Golfa (oczywiście TDI). Co
raczej jasne, Volkswagen jest wyposażony we wszystko, włącznie ze
skórzaną tapicerką i, jak to na statecznego dziadka przystało,
osiemnastocalowymi felgami. Na potwierdzenie, że występuje coś
takiego jak kryzys wieku późnego, nasz dziadek montuje sobie tłumik
końcowy Remusa (z TÜV oczywiście) oraz delikatnie obniża i
utwardza zawieszenie. Tak przygotowanym samochodem jeździ raz w
tygodniu na zakupy do Würstlandu , co sobotę na spotkanie Koła
Kombatantów (ach, te lubieżne spojrzenia kombatantek, kiedy parkuje
swoje cudo... Lecą... - myśli staruszek za każdym razem.), a w
niedzielę, für gesundheit, za miasto pospacerować z kijkami. Nasz
kombatant raz na rok jedzie oczywiście do serwisu, by wymieniono mu
połowę podzespołów, niezależnie od tego czy są zepsute, czy
nie. Zostawia tam w kasie za każdym razem ponad tysiąc euro, ale ma
tą bezcenną pewność, że jeździ autem bezpiecznym i sprawnym.
Po czterech latach, kiedy Volkswagen ma już przejechane
trzydzieści osiem tysięcy kilometrów, dociera do naszego bohatera,
że pojazd nie jest już nowy, że kurczące się grono koleżanek z
czasów wojny, nie spogląda już na niego tak samo (może z wiekiem
wzrok już nie ten...). Wystawia więc swój prawie nowy samochód
(kupiony za dwadzieścia dziewięć tysięcy euro, plus pięć
tysięcy koszty serwisowania), nie gdzie indziej, jak na "mobiledee"
i "skauciedzwadzieściacztery" (nasz dziadzio jest przecież
"oblatany" w obsłudze komputera i internetu - rząd zadbał
o aktywizację seniorów, więc Wolfgang śmiga po sieci i nawet
konta na serwisach randkowych posiada). Auto wycenił na trzy tysiące
euro, bo przecież nie sztuką jest "bujać się" ze
sprzedażą pół roku - sztuką sprzedać wóz w godzinę.
Nawet ten rekord czasowy został pobity, ponieważ akurat w
momencie zamieszczenia przez kombatanta ogłoszenia, przejeżdżający
w pobliżu, wyposażony w "netbook za złotówkę" z
dostępem do sieci za dwieście netbooków miesięcznie oraz Iveco z
lawetą i najazdami, pan Tadeusz Nicniepuka z Wielkopolski, szukając
w niemieckim necie "igiełki" na handel, wcisnął Ctrl+F5
i ... doznał olśnienia. Chwycił za telefon, wybrał numer do
dziadka i drżącym głosem wydukał do słuchawki:
- Iś kaufe ain Golf, iś...ee... bin...aa.. cein
minuten twój haus und iś kaufe...adresen... bite und fare cein
minuten! Warten!
Po otrzymaniu adresu, ręką trzęsącą się z emocji i po
sobotnich imieninach szwagra, wstukał w nawigację Spottpreisstrasse
10, zawrócił i pognał po chleb dla rodziny, niczym wicher.
Na miejscu nasz pan Tadeusz "urwał" jeszcze trzysta
euro, zapakował furę na lawetę i pojechał "nach Hause"
.
Auto wystawił w ogłoszeniu za dwadzieścia tysięcy złotych,
"plus opłaty". Cena okazyjna, z dopiskiem, "Igła po
dziadku najtaniej REZERWACJA". Bo przecież nie
sztuką jest "bujać się" ze sprzedażą pół roku -
sztuką sprzedać wóz w godzinę.
Po kilku minutach od wystawienia Golfa miał już pierwszy
telefon. Po drugiej stronie odezwał się zestresowany głos.
Kazimierz Szukaj, zrozpaczony faktem, że pewnie ta okazja, jak
poprzednie, na oglądanie których wykorzystał już cały urlop i
wypuścił rurą wydechową całą pensję, też będzie miała
"ryski i wgniotki" oraz inne "ślady użytkowania"
i znowu pojedzie pięćset kilometrów na marne, wymamrotał:
- Ja w sprawie autka. Czy cena jest do negocjacji?
- Masz pan napisane, że do małej. I tak masz pan tanio!
Odpowiedział, już na wstępie z lekka zirytowany pytaniem
Tadeusz.
- Ale takie są gdzie indziej po osiemnaście...
- Taaa, plus naprawa dwadzieścia! To jedź se pan kupić za
osiemnaście! Mój nie ma nawet ryski i jest za dwadzieścia!
- A jakieś wgniecenia?
- Była ryska na zderzaku, to żem pomalował i nawet nowy zderzak
żem kupił.
- A ten przebieg, to oryginalny? Ma pan potwierdzenie?
- Panie! Dziadek z 1925 roku tym jeździł. Do kościoła tylko i
na zakupy. Samochodzik jest jak nowy! Lać i jeździć! Panie
igiełka! Dla żony przywiozłem, ale ona chce kombi, eee ... to
znaczy mniejsze chce, takie Lupo, czy coś... Że to za duże dla
niej, mówi. Jak pan zobaczysz, na pewno pan kupisz. Jak nowy, mówię.
- A bezwypadkowy jest na sto procent? Bo ja rodzinę chcę wozić.
- Nawet na dwieście! Mówię, że zderzak był przerysowany i
tyle.
- To niech mi pan poda adres, ja już wyjeżdżam. Tylko mam
pięćset kilometrów, to myślę, że mówi pan prawdę. Jak jest
porysowany - to nie kupię. Przytrzyma mi go pan do popołudnia?
- Tak jedź pan. Nie sprzedam komu innemu. Byłeś pan pierwszy,
to przytrzymam.
Po ośmiogodzinnej podróży w niewygodnym i głośnym Lanosie,
oczom Kazimierza i jego zięcia ukazał się, zaparkowany na
podwórku, pod stodołą, piękny, lśniący Golf VI. Oniemieli. Toż
to okazja nad wszelkimi okazjami! Lakier jak nowy! Wszystko jak nowe!
Prezent od obywatela niemieckiego dla obywatela polskiego!
- Zenku, pogadaj z panem, ty taki wygadany jesteś, żeby urwał
jeszcze z tysiąca i bierzemy! Ten ubek spod dziewiątki na zawał
zejdzie jak zobaczy cośmy trafili!
Szepnął Kazimierz do zięcia.
Zięć pogadał, Tadek urwał. Pojechali na jazdę próbną.
Toż to porównania do Lanosa nie ma!- pomyślał Kazimierz,
manipulując przy klimatyzacji. - Tym się płynie, nie jedzie!
- Troszkę mi go ściąga na lewo
Zauważył po przekroczeniu 80 km/h.
- Aaa... to na pewno koło dopompować trzeba.
Stwierdził właściciel, bagatelizując uwagę "przypalonego"
Kazia
- No laleczka! Podoba mi się! Piszemy umowę.
Nowy nabywca nie przejął się, że w rubryce "sprzedający"
(a dokładnie Verkäufer
), widnieją dane jakiegoś Niemca.
Widocznie tak ma być - pomyślał, podając swoje dane z dowodu.
Zapłacili, pojechali. Z racji tego, że wskazanie zasięgu na
komputerze pokładowym wyświetlało 0 km, podjechali na stację
benzynową zatankować. Zjedli po hot-dogu, napompowali koła i
ruszyli w dalszą podróż do domu. Wskazanie komputera nie zmieniło
się - dalej zasięg był zerowy, a Golfa nadal "ciągnęło"
na lewo...
Dar od wnuczka
Zaraz po zdaniu egzaminów na prawo jazdy, młody Alex udał
się ze swoim dziadkiem -Wolfgangiem do salonu Volkswagena, zamówić
prezent obiecany na tę okazję. Wybór padł na Golfa VI z
dwulitrowym silnikiem TDI. Kolor czarny, jako dodatkowe wyposażenie
wnuk wybrał sobie tapicerkę ze skóry oraz osiemnastocalowe felgi
aluminiowe. Po odbiorze samochodu, zarejestrowanego na dziadka, Alex
zamówił sobie jeszcze sportowe zawieszenie i nietani wydech końcowy
Remusa.
Biorąc pod uwagę, że młody posiadacz Golfa VI dostał pracę
w miejscowości odległej o osiemdziesiąt kilometrów i pięć razy
w tygodniu musiał tam dojechać, prezent od dziadka okazał się
bardzo przydatny. Przebieg Golfa rósł jednak dosyć szybko.
Niestety, nowe auta nie są już tak trwałe, więc dosyć często
samochód lądował w serwisie. Na ilość awarii wpływał też
fakt, że chłopak, z racji młodego wieku, nie obchodził się z
prezentem zbyt delikatnie. Weekendowe wypady na imprezy ze znajomymi
zazwyczaj wiązały się z "paleniem gumy" (na ile moc
pozwalała) i wyścigami poza miastem.
Pewnej sobotniej nocy młody Niemiec "nie dostosował
prędkości do warunków panujących na drodze" i na łuku
wypadł na lewy pas, wprost pod nadjeżdżąjące z naprzeciwka auto.
Huk był straszny, na szczęście poza złamaną ręką u młodego
kierowcy i potłuczeniami innych uczestników zdarzenia, nic się
nikomu nie stało.
Gorzej było z naszym głównym bohaterem, czyli Volkswagenem.
Lewa podłużnica przestała istnieć, poduszki powietrzne odpaliły,
a siła uderzenia wyrwała wręcz silnik. Tej nocy Golf zyskał pewną
cechę, właściwą pojazdom emigrującym w kierunku wschodnim - stał
się autem "nur für händler oder export". Jakakolwiek
naprawa auta nie wchodziła bowiem w grę z punktu widzenia
bezpieczeństwa oraz opłacalności.
Po kilku tygodniach firma ubezpieczeniowa wypłaciła
Wolfgangowi pieniądze za skasowany pojazd, a ów wrak znalazł się
w szeregu podobnych, na placu "Izmir Totalschaden". Śniady
potomek Kara Mustafy - właściciel szrotu - wiedział, że samochód
długo u niego miejsca nie zagrzeje. Cena - tysiąc osiemset euro
miała pomóc szybko znaleźć na niego kupca.
Tak też się stało. Akurat swój cotygodniowy tour szrotowy
kontynuował, wyposażony w "netbook za złotówkę" z
dostępem do sieci za dwieście netbooków miesięcznie oraz Iveco z
lawetą i najazdami, pan Tadeusz Nicniepuka z Wielkopolski, szukając
w niemieckim necie i po okolicznych "okazjodajniach"
"igiełki" na handel. Gryząc, przygotowaną jeszcze w
Polsce przez żonę, bułkę z kotletem mielonym i jajkiem, wszedł
na stronę pobliskiego "Izmir Totalschaden". Niejedną
okazję znalazł już u przyjaciela Osmana, niejeden tysiąc euro
zarobił.
Kiedy zobaczył w ofercie czteroletniego Golfa VI ze zmiętym
przodem, przypomniało mu się, że ostatnio chłopaki "na
dziupli" cięli właśnie takiego samego. Szybki telefon
zaufania, znajomy potwierdził, że są "na stanie" części
w promocyjnych cenach i pan Tadeusz ruszył do Turka po rozbitka.
Na miejscu zawahał się chwilkę, ponieważ na zdjęciach auto
wyglądało troszkę lepiej, ale ostatecznie stargował trzysta euro,
załadował kupę żelastwa na lawetę i pognał "nach Hause".
Golf VI (tak przynajmniej wynikało z "papierów", bo
patrząc z przodu, identyfikacja modelu była mocno utrudniona) na
drugi dzień trafił w dobre ręce, a mianowicie w "ręce, które
leczą", tanio leczą. Sąsiad Tadeusza - Zbyszek Blachowkręt -
był naprawdę dobrym fachowcem. To znaczy potrafił czynić cuda,
pod warunkiem, że nie wpadał akurat "w ciąg". Dawno temu
robił nawet auta dla pewnego ASO, ale po aferze w internecie (ktoś
gdzieś wygadał się, że serwis naprawia blacharkę u podwykonawcy
w stodole, pojawiły się zdjęcia i zrobił się mały skandal)
zerwano z nim umowę. Wtedy to właśnie urażona ambicja Zbyszka
pchnęła go w "nadużywanie". Reasumując - fachowiec
dobry, ale jak się ręka trzęsie, to "kątówka" lubi
czasem sama zadecydować, jak ciąć blachy...
Ponad miesiąc miejscowy "rzeźbiarz" walczył w
przydomowym warsztaciku, by to coś, co przedsiębiorca "przytargał"
z Niemiec wyglądało jak Golf VI. Kłopoty ze sprzętem oraz
wspomnianym już utrzymaniem równowagi sprawiły, że wstawiona
ćwiartka nie do końca równo "siadła". Ale, jak to
stwierdził Donatello fachu blacharskiego - "trochę
płaskownika, parę podkładek i będzie bezwypadek". Tak też
się stało. Po ciężkich bojach z oporną materią, z
blacharnio-lakierni wyjechał bezwypadkowy Golf "po dziadku"...
Dwa tygodnie później:
- Toż to okazja nad wszelkimi okazjami! Lakier jak nowy! Wszystko
jak nowe! Prezent od obywatela niemieckiego dla obywatela polskiego!
Krzyknął do zięcia oniemiały z wrażenia Kazimierz Szukaj...