środa, 26 września 2012

Sprzedaję bo...


 
 
 



   Każdy z Was szukając samochodu musiał wiele razy wysłuchiwać mniej lub bardziej bzdurnych powodów, dla których ktoś decyduje się wystawić auto do sprzedania. Te historyjki są przeróżne. Zazwyczaj zanim ktoś zacznie mówić, wiem już co usłyszę. Wiadomo, że część z tych powodów jest jak najbardziej prawdziwa, ale jeśli wszystkie powtarzają się do bólu, to nie pozostaje mi nic innego, jak włożyć je do "jednego wora" i wyśmiać.
   Więc uwaga, uwaga! Pierwszy i orygianalny, niepowtarzalny powód sprzedaży używanego samochodu to ... dodam tylko, że na sto rozmów, w dziewięćdziesięciu pieciu z nich pada to stwierdzenie... (dodam też, że na pewno nikt się go nie spodziewa i będzie to niesamowitym zaskoczeniem ... ten pierwszy powód sprawia, że emerytury będziemy dostawać pośmiertnie, że szkoły podstawowe, gimnazja i średnie są już zamykane, a niebawem do bram wszelkich prywatnych "harvardów" i "sorbon" zapukają kordony komorników po krzesełka, ławki, rzutniki...). Ten powód, to oczywiście ... wyjazd za granicę.
   Obecnie na Allegro jest wystawionych około 280 tys. samochodów osobowych. Gdyby przyjąć, że tylko połowa ze sprzedających "jedzie za granicę do pracy", a auto sprzedaje się średnio przez miesiąc, dałoby nam to imponującą liczbę uciekających z naszego, jakby nie było, "Mlekiem Prawdziwym" i miodem sztucznym płynącego kraju. A jeszcze są tacy, co jadą, a auta nie mają, więc nie mieszczą sie w moich "otomotowo-allegrowych" statystykach. Za kilka lat liczba ludności w kraju spadnie do takiego poziomu, że spokojnie pomieścimy się wszyscy w jednym województwie. No i zdechnie Obowiązkowa Piramida Finansowa, czyli ZUS (choć to już chyba nie istnieje, tylko uparcie wpłaty przyjmuje).
   Kiedyś kupowałem Vectrę od gościa, który "na następny dzień wyjeżdżał do Niemiec za pracą". W trakcie moich oględzin podszedł do nas sąsiad przyszłego emigranta i pyta go, coż tak szybko auto przedaje. Na co ten, zakłopotany, jakże się męcząc, mrugając niepostrzeżenie do sąsiada, odpowiada, że oczywiście - jedzie za granicę.
- A.. do Anglii?
Pyta tamten nieśmiało.
- Nie, do Niemiec!
- A co z robotą? Zwalniasz się?
Sprzedający burknął zagotowany i bezradny, bo sąsiad bystrością nie błysnął i nie dojrzał tajemnych znaków:
- Na kontrakt przecież jadę! Z roboty mnie wysyłają!
I macha łapą, myśląc, że niezauważony, by tamten spadał.
   Tak to większość ze sprzedających auta wyjeżdża "na roboty" do Niemiec, Anglii, Holandii... Chyba nie ma kraju, o którym bym już nie słyszał. I każdy oczywiście z bólem sprzedaje swój "idealny" samochód. I gdyby nie ten wyjazd, to nigdy by się nie zdecydował ... A im większa zakamuflowana kupa złomu, tym większa ściema.
  Powód sprzedaży numer dwa należy do tych bardziej pomysłowych. Tutaj już mamy fabułę i grubszą intrygę. Jak nic, zaczynam czuć się, jakbym brał udział conajmniej w  "S jak sprzedaż". Królem i mistrzem intrygi jest tu dla mnie gość, który chciał mi "pocisnąć" Mazdę 121. Koleś użył sformułowania " to jest taki mały, miejski zapie#dalacz", tylko nie wiem, czy mówił o Mazdzie, czy o sobie (w sumie do koszykarza trochę mu brakowało). Otóż Mazdę kupił żonie, ale ona zdradziła go i (tu cytat) "puściła się" z jego najlepszym kolegą, więc on się rozwodzi, a jej auto zabrał i je sprzedaje, bo mu się źle kojarzy...
   Przyjechał do nas z jakąś dziewczyną, do której w sposób tak naturalny, że prawie mnie przekonał, zwracał się per "siostra", czasem tylko mrugając okiem, żeby "siostra" pamiętała, że teraz jest "siostrą". Cały ten kamuflaż, być może miał na celu odwrócenie uwagi od tego, że "niby-właściciel" nie miał żadnych dokumentów od samochodu. Uparcie twierdził, że przecież nie trzeba dowodu rejestracyjnego, bo na planecie Melmac, by zarajestrować Mazdę 121 wystarczy pokazać w urzędzie kartę Vitay i umowę kupna sprzedaży Mazdy ... 323, którą to umową wymachiwał mi przed oczami. No cóż... prawie mnie przekonał. Przyznajcie sami - brzmiało to wiarygodnie.
   Tak więc kolejnym powodem, choć rzadszym niż wyjazd, jest rozwód, zdrada, nienawiść. Jose Fernandez w spazmach, ze łzami w oczach pozbywa się wszystkiego, co kojarzy mu się z Conchitą "Już Nie Fernandez".
  Jednym z moich ulubionych przypadków jest ten, w którym nasz zwykły Kowalski (wróćmy już z Rio de Janeiro) musi sprzedać auto, bo mu się powiększa rodzina. W sytuacji kiedy pozbywa się małego samochodu, oczywiście rozumiem i wierzę, ale miałem kilka przypadków w "karierze", kiedy ktoś sprzedawał VW Sharana, Voyagera lub podobnej wielkości auto, motywując to tym, że dziecko w drodze i trzeba kupić coś większego. Zawsze wydawało mi się, że taki dzidziuś waży około 3 kg i powoli rośnie, a samochód typu VW Sharan/Ford Galaxy spokojnie wystarczy dla rodziny z dwójką, trójką dużych już dzieci. Jak widać - byłem w błędzie. W takiej sytuacji ja od siebie mogę polecić rozrastającym się  rodzinom choćby taki oto sprzęt (patrz zdjęcie) - komfortowy, pojemny, bezpieczny i niezawodny.
Dla Ciebie, dla rodziny...
   Odpada problem z pompowtryskami, kołem dwumasowym, zmienną regulacją turbiny. Wiele problemów zjadających sprzedawanego właśnie minivana nigdy nie będzie miało miejsca. A po zamontowaniu z tyłu łóżek polowych, maleje ryzyko, że  Urząd Marszałkowski będzie sprowadzał nas z wakacji. Widzę w tym potencjał.


 






   To oczywiście tylko wycinek z różnych historyjek produkowanych przez sprzedających auta. Może jeszcze kiedyś jakąś opiszę. Oczywiście są przypadki, gdy te powody są prawdziwe, ale niestety - tak jak z handlarzami, którzy zapracowali sobie na to, by im nie wierzyć, tak prywatni sprzedający dbają o to, by ich historie jednym uchem wpuszczać i natychmiast drugim wypuszczać.
   Najbardziej lubię, kiedy ktoś jako powód sprzedaży powie mi wprost, że auto się sypie, a on ma już dosyć dokładania do niego. I z drugiej strony - nie lepiej powiedzieć po prostu, że samochód sprzedaję "bo tak" i już? Przecież nikt nie ślubuje automobilowi wierności, aż po grób...
  

wtorek, 25 września 2012

Ogłoszenie całkiem inne (autor o nicku z allegro kfilter)

   Wróciłem bardzo późno dzisiaj z pracy. Trzeba było "przytargać" kupione właśnie A6 z uwielbianym przez wszystkich, oszczędnym jak skuter Piaggio i bezawaryjnym niczym TU154 silnikiem 2,5 V6 TDI. Z powodu niedotlenienia mózgu (przez 100 km jazdy nie oddychałem, by u celu podróży zgadzała się ilość wałków w głowicy), nie będę dzisiaj nic już pisał. Nie napiszę też, ponieważ nie mam szans, by konkurować z tym, co przeczytacie w linku podesłanym mi przez Panią Monikę. Zapraszam do lektury! Ja umarłem ze śmiechu

To nie jest mój tekst i zobaczyłem go przed chwilką. Autorem jest kfiler (nick z allegro).

http://allegro.pl/elddis-typhoon-gtx-zarejestrowana-i2637281809.html

(Interpunkcja troszkę utrudnia czytanie, ale nie mogę się czepiać. Rewelacja! Aukcja niebawem zniknie z serwisu, więc wklejam screena poniżej)




P.S. Chętnym na A6 V6 TDI od razu podaję spalanie - 4 litry w mieście/ 2 litry w trasie!

poniedziałek, 24 września 2012

Cztery litry na setkę


   Zamieściłem ogłoszenie o sprzedaży Nissana Micry 1,3  75KM, rok produkcji 1993. Pierwszy telefon:
- Dzień dobry, ja w sprawie tego Nissana. Prosze mi powiedzieć ile to pali?
- W mieście między siedem, a osiem litrów, poza miastem powinien zejść poniżej sześciu.
- O Boże! Ile? Co tak dużo? To niefajnie! To mi Scenic Grand Tour pali sześć i pół na setkę w mieście! To ja dziękuję bardzo za taki złom!
Obrażony dzwoniący zakończył rozmowę, zanim zdążyłem mu powiedzieć, że jak ma takiego "fajnego" Scenika, to niech sobie go szanuje i niech nie dzwoni po "niefajną" Micrę.  A najlepsze w tym wszystkim jest, że pan ten powiedział to w taki sposób i takim tonem, że poczułem się, jakbym to ja osobiście był odpowiedzialny za niedoskonałą konstrukcję silnika Nissana, fizykę, egronomię i dziurę ozonową.
   Ponad dziesięć lat temu mój sąsiad kupił sobie Passata B5 "w tedeiku" (hehe). Wtedy, to było coś. Pośród Escortów, Golfów II i III, popularnych jeszcze Polonezów, taki Passat wzbudzał sensację w okolicy. Pominę tu, że znajomy "sprowadzacz", opowiadał mi w jakim stanie ten samochód przyjechał z Niemiec do Polski. Faktem jest, że twierdzenie sąsiada, o przyjeździe na kołach było jak najbardziej prawdziwe - pourywane przy dachowaniu koła podłożono pod auto, żeby podłoga nie zdarła się o platformę lawety. W każdym razie taksówkarz miałby problem, żeby przyczepić na boki namagnesowaną planszę z logo korporacji, że o antenie CB na magnesie nie wspomnę...
   Sąsiad jeździł więc dumny, a że jego auto miało komputer pokazujący zużycie ON (kto tam wtedy słyszał nazwę FIS?), wszyscy dookoła, przy wysłuchiwaniu jego "raportów spalania", zastanawiali się kiedy ten Passat zacznie produkować paliwo... Cztery litry, to był wynik w korkach, w mieście, z przyczepą i oczywiście na dwieście kilometrów.  Na trasie pewnie schodził poniżej litra "na setkę". Sąsiada jakoś nie zamknęli za nielegalną produkcję paliwa, ale ktoś widocznie pozazdrościł mu tego perpetum mobile, bo B5, jak to w Polsce bywa, "utlenił się" w nocy spod domu, w szybkim tempie.
   Znaczny procent ludzi pytających mnie o samochody, chce wiedzieć - "ile to pali". Ta kwestia jest dla mnie podobnie drażniąca, jak pytanie o przebieg. Jeśli podam warości realne, a nie z d#py wzięte, auta nie sprzedam. Jestem na tyle głupi, że mówię prawdę. I tak, zamiast powiedzieć panu, że Micra spala cztery litry w mieście, a dwa poza miastem, ja wyskoczyłem z jakimiś dziwnymi wartościami.  Ludzie przecież chcą, żeby ich kłamać! Oni się o to wręcz proszą! Gdybym gościowi naopowiadał bajek, może kupiłby auto, a dopiero w tracie użytkowania wyszłoby na jaw, że podałem mu wartości prawidłowe, ale w przeliczeniu na 40 kilometrów, a nie na 100. Jeździłby sobie japończykiem, narzekał, że handlarze to banda oszustów, ale nikomu nie przyznałby się dlaczego tak myśli, bo zostałby wyśmiany. Jeździłby i oszukiwałby sam siebie, że mały Nissan "w piątce się mieści".
   Kiedy wystawiałem do sprzedaży BMW 325 TD, wiedziony przeczuciem napisałem w ogłoszeniu moje normy spalania na ten pojazd. Dzięki temu odsiałem większość dzwoniących idiotów, którzy jak widzą diesla, od razu mają w planach przejechanie pięciu tysięcy kilometrów na zbiorniku, niezależnie od tego, czy to diesel z silnikiem o pojemności kubka na kawę, czy sześciocylindrowy "smok". Ale pamiętam, że i tak dzwonił o tę E36  jeden "pionier czytania ze zrozumieniem" i zadał mi fundamentalne pytanie: "ile to autko pali?". Rozmowa była krótka. Pan się oczywiście na mnie obraził...
   Wielu ludzi myśli, kupując malutki , miejski samochód, że za złotówkę przejadą sto kilometrów. I nie pomoże tłumaczyć, że Seicento pali w mieście ponad osiem litrów, a zimą potrafi wyżłopać nawet dziesięć. Żona miała, ja tankowałem, więc do cholery, coś na ten temat wiem!
   Od dzisiaj auta sprzedawane przeze mnie, będą więc bardzo ekonomiczne. Wprowadziłem sobie odgórne normy, których będę się trzymał. I tak:
- samochód miejski, z silnikiem o pojemności do 1300 ccm-odpowiednio 4 litry(miasto)/2 litry(trasa)
- samochód kompaktowy z silnikiem o pojemnosci do 1800 ccm - 4 litry(miasto)/2 litry(trasa)
- samochód rodzinny z silnikiem o pojemności do 2500 ccm - 4 litry(miasto)/2 litry(trasa)
- wszystkie samochody z silnikami powyżej 2500 ccm - - 4 litry(miasto)/2 litry(trasa)
(Musi Pan sobie podjechać do warsztatu wyregulować tego Scenika, bo coś niepokojąco dużo zużywa tej "ropy")
   Takie normy będą niezależne od rodzaju zasilania. Sprzedawane przez nas "benzyniaki" palić będą tyle, co diesle, a diesle przecież wcale nie palą. Oczywiście, by tak wspaniałe wyniki były możliwe ( a ludzie to "łykną", bo jak widać tego własnie oczekują), do aut będziemy montować Super Mega Magnetyzery paliwa, powietrza i płynu chłodzącego, a do gniazdek zapalniczki powtykamy "boxy tuningowe" z Allegro, za 24,99 PLN, które dzięki niebieskiej diodzie LED, emitujacej światło powstałe z dobrej energii kosmosu, pozwolą podnieść moc o dwieście procent i o tyle samo obniżyć zużycie paliwa. Za niewielką dopłatą możemy dołożyć jeszcze "imitację dźwięku turbo" do wydechu.  A wszystko po to, by być frontem do klienta...

piątek, 21 września 2012

Czy "okazje" istnieją?



   Nie istnieją. I na tym powinienem zakończyć pisanie na dzisiaj, ale pewnie wielu z Was się ze mną nie zgodzi. Kiedyś przeczytałem na jakimś forum tekst sfrustrowanego poszukiwacza szczęścia, który chyba już roczną pensję wydał na zwiedzanie kraju i nawet to go jeszcze nie zniechęciło; sformułowanie brzmiało mniej więcej tak: "każdy ma prawo do szukania okazji". Trudno się z tym nie zgodzić, bo przecież każdy takie prawo posiada, ale o głupszy tekst też niełatwo. A szukaj sobie! Za jakiś czas będziesz miał okazję nie mieć już pieniędzy na auto, bo wszystkie wydasz na te podróże tropem "najtańszych na Allegro". Jak to jest z tymi niskimi cenami?
   Wyniki badań Mojego Subiektywnego Ośrodka Badań Opinii Publicznej pokazują, że 99 procent ludzi szuka aut w serwisach ogłoszeniowych, ustawiając sortowanie wyników od najniższej ceny. Sam tak często robię. I co się nam ukazuje na pierwszych pozycjach? Otóż kilka najtańszych to oferty typu "podana kwota jest ceną alternatora" - te odrzucamy, bo na alternatorze daleko nie pojedziemy. Następnie mamy kilka wraków po wypadku i adnotację - "karoseria z papierami" - to również się skreśla (w koncu szukamy fury "bez rysek i wgnieceń", a jak tu samą "budą" na sumę podjechać?). Po tym następuje czas dla Wielkiej Brytanii, Takim "wynalazkiem" trudno się wyprzedza, lewa ręka za słaba, by biegi zmieniać, nie ten prestiż (jeszcze sąsiad pomyśli, że prosto ze zmywaka wracamy...), no i z rejestracją może nie pójść łatwo. Ale zaraz po "angolach" i świeżo sprowadzonych z Niemiec od dziadka (do rejestracji i zakupu na umowę z wirtualnym niemieckim właścicielem), oczom naszym ukazują się nagłówki  - "idealny!!! okazja!!!", "bezwypadek!!! tanio!!!". I tu się zatrzymujemy. Patrzymy na blachy - polskie! Tętno przyspiesza, ciśnienie wzrasta niebezpiecznie do wartości "okołoeksplozyjnych"... już nawet nie czytamy tekstu ze zrozumieniem, my juz wiemy, że to będzie to! Dzwonimy. Głos w słuchawce duka nam, że uszczelka pod głowicą coś tam, a tak właściwie to głowica zdemontowana. Otrzymujemy pierwszy kubeł zimnej wody na łeb. Jak to głowica do roboty? Przecież to auto jest już droższe od spinki do tapicerki z pierwszej aukcj! To, to nie jedzie?! On chyba zwariował! Szukamy dalej. Jest jakiś troszkę droższy, zdjęcia takie dziwne, jakby z kilometra robione, trochę rozmyte, ale może warto...Dzwonimy. Bucowaty koleś po drugiej stronie mówi: "lać i jeździć, nic nie stuka, nic nie puka, ja go nigdy nie rozbiłem" (tak na marginesie - ta odpowiedź na pytanie o bezwypadkowość zawsze kładzie mnie na łopatki. Toż to jest powiedziane wprost - "w**bałem się kiedyś w ulepa otynkowanego bardziej niż teściowa i musze go pchnąc dalej, bo się na spawach rozchodzi"). Po tej litanii, tym miodzie dla naszych spragnionych słuchania bredni uszu,  umawiamy się z panem i jedziemy kupować "igłę za grosze". I tu mamy dwa możliwe scenariusze:
Scenariusz nr 1
   Nasza wiedza teoretyczna o samochodach = wiedzy praktycznej, a to = zero. Wtedy na miejscu słuchamy cwaniaczka cisnącego nam kit  i łykamy wszystko, co powie. Płacimy i wracamy nowym nabytkiem do domu. Zdarza się, że takie auto czasem nawet nie zepsuje się nam już w drodze powrotnej. Chwalimy się sąsiadowi, jakie to szczęście nas spotkało, a ten zazdrosnym okiem ogląda i .. zazdrość mija mu w tempie TGV, bo zauważa, że ...
Scenriusz nr 2
   Znamy się trochę, lecz wymagamy okazji, tzn ideału w cenie surowca wtórnego. Przejeżdżamy te 100, 200, 500 kilometrów i ... w miarę zbliżania się do obiektu westchnień obraz się nam wyostrza. Teraz już wiemy, że zdjęcia robione z lotu ptaka, chyba miały jakiś cel. Okazuje się, że nawet laik może dostrzec pękająca, centymetrową warstwę szpachli, że pod autem kałuża oleju, każda opona z innej parafii, progi się utleniły i tak bez końca można by wyliczać. W duchu przeklinamy gnoja, który nam zafundował wycieczkę na nasz koszt i w zalezności od szerokości jego karku, może mu coś przygadamy, postraszymy. Ale efekt końcowy jest jeden - wydana kasa na paliwo, stracony czas.
   Scenariusz numer 2 najczęściej powtarza się do bólu, do ostatniej złotówki w portfelu. I rzadko ktoś zda sobie sprawę, że przejeżdżone pieniądze mógłby dołożyć do egzemplarza trochę droższego i być może miałby już całkiem znośny samochód, od dawna pod domem.
   Okazji nie ma. To znaczy, może trafia się jeden na sto tysięcy samochodów, który można uznać za tani i idealny. W Lotto też przecież ludzie wygrywają, czemu więc nie szukać, skoro "każdy ma prawo..."
   Często mam samochody tanie ( takie najbardziej lubię, bo z nimi mozna sobie pogrzebać w garażu, mogę pojechac na zakupy, nie zamknąć drzwi, z siatkami wrócić na parking i samochód dalej stoi.. same plusy)  i uwierzcie mi, że o te "najtańsze na Allergo" jest najwięcej telefonów. Dzwonią głównie ludzie, którzy z treści ogłoszenia przeczytali tylko cenę. Ci, którzy chociaż słuchają co do nich mówię, zawiedzeni są już po minucie rozmowy, oni tylko zużywają mi baterię w telefonie. Najgorzej jest, kiedy klient nie czyta ze zrozumieniem i nie słucha, co się do niego rozmawia. Wtedy przyjeżdża oglądać i każdy z nas traci swój czas. On na dojazd, ja na pokazywanie (nie dopuszczam jednak nigdy do sytuacji, by po tanie auto jechał ktoś z daleka. Wolę poczekac na klienta z okolicy. Zdarzyło mi się kilka razy, że ktoś miał 300, 500 kilometrów i upierał się, że on chce, a z rozmowy wnioskowałem, że wzajemne zrozumienie, co do stanu auta nie występuje, wtedy pan słyszał w końcu ode mnie, że "to auto jest chu#owe!"... i miałem spokój).
   Każdy pojazd wystwiony w niskiej cenie musi mieć jakiś malutki sekret! Pamiętajcie o tym. Nie oczekujcie ideału za darmo. To niemożliwe. Spośród samochodów niedrogich trzeba wybrać ten, w którym naprawy wymaga jak najmniej mechanizmów. Jeśli stuka zawieszenie - świetnie! W większości popularnych aut koszt naprawy nie jest wysoki. Porysowana, powgniatana karoseria, drobna korozja - nie jest źle! Zapomnijmy o walorach estetycznych - szukamy taniego, a nie nowego! Okazja będzie wtedy, kiedy takie "najtańsze z Allegro", po doprowadzeniu do stanu używalności nie przewyższy ceną egzemplarzy najdroższych, a zaletą kupna auta z pierwszych stron posortowanej listy wyszukiwania, jest rozłożenie na raty końcowej kwoty, jaką będzie ono nas kosztowało (najpierw zakup i najbardziej niezbędne naprawy, kolejne wydatki na później, kiedy będą luźne pieniądze w budżecie domowym).
I pamietaj że:
   Jeśli ktoś sprzedaje tanio auto, które kupił niedawno i twierdzi przy tym, że dostał służbowe, to już wiedz, że nie jest dobrze...
   Jeśli ktoś Ci mówi, że sprzedaje, bo wyjeżdża do pracy za granicę, to już wiedz, że coś się dzieje...
   Jeśli ktoś sprzedaje tanio Sharana, tłumacząc, że zmienia na autobus, bo się mu rodzina powiększyła, to  już wiedz, że coś się dzieje...
   Jeśli szukasz czarnego E36 i dzwonisz po "ideała" za dwa tysiące złotych , to wiedz, że się diabeł Tobą już interesuje...


P.S.
   Na koniec rozmowa telefoniczna, która utkwiła mi w pamięci (dzwoniącemu niewątpliwie też)
   Czarne BMW 325TDS z 1995 roku - nowa pompa wtryskowa, silnik super, klima OK, wnętrze super, rdza, zawieszenie stuka. Wystwiony o 1000 zł taniej niż rozbite i niejeżdżące, z odpowiednim opisem. Setny telefon tego dnia. Dziewięćdziesiąt dziewięć razy tłumaczyłem, że o nowe trzeba w salonie pytać i że jak sama cena wskazuje, to auto WYMAGA wkładu finansowego. Przy tej romowie coś już we mnie pękło. Dzwoni jakiś koleś i głosem anemicznego kastrata sylabizuje:
- Ja   w   sprawie    BMW.    Bo    jak    tak    patrzę    na    ten    tylny    zderzak,    to   on    jest    taki,    jakby    niespasowany troszkę.    Czy    to    auto    aby    nie    było    bite    z    tyłu?
Nie wytrzymałem. Krzyczę:
- Czy ty chłopie wiesz po co k#rwa dzwonisz?! Jak nie, to ci powiem - ty pytasz o BMW E36 z 95 roku, tańsze od niejeżdżących!!! To auto było bite z przodu, było bite z boku, z drugiego boku, było bite z tyłu i WSZĘDZIE BYŁO BITE!!! A może akurat z tyłu było bite najmniej!!! Nie wiem! Nawet nie patrzyłem, bo mam to serdecznie w d#pie!!! A jak chcesz niebite to sobie dowrzucaj jeszcze do swojej świnki-skarbonki trzy razy tyle pieniążków i wtedy szukaj! I nie truj mi d#py!!!
   Koleżka się rozłączył. Obraził się. Smutek przepełnił mą duszę, bo wiedziałem,  że nie dotało do niego nic z mojego przekazu, nie zrozumiał że błądzi. On pomyślał (i trudno się z nim nie zgodzić), że z takim chamem jak ja, nie chce mieć do czyniena.


User b-w - dzięki za podrzucenie "motywu"

czwartek, 20 września 2012

Barykada na lewym pasie, spalone hamulce i choroba psychiczna - czyli typowy dzień na polskiej drodze

   Z reguły jestem bardzo spokojnym człowiekiem i trudno mnie zdenerwować. Wbrew pozorom, ani podchody mojego Wielce Szanownego Sąsiada, ani nawet podwyżka VATu i wieku emerytalnego nie wyprowadziły mnie jeszcze z równowagi (choć z tą emeryturą po 67 roku życia, to przegięcie! A jaką ja mam pewność, że po osiągnięciu tego wieku będę jeszcze na tyle sprawny, by zwiedzać Europę swoim nowym kamperem, jak to mają w zwyczaju polscy, zadowoleni z życia emeryci?). Z racji takiej, że dość dużo czasu spędzam za kierownicą, od dawna zauważam ja i moi ewentualni pasażerowie, że w trakcie prowadzenia auta dostaję nerwicy. Pewnie Czytelnik ma serdecznie gdzieś powody moich "frustracji kierowcy", ale ja i tak muszę o tym napisać kilka słów.
   Myślę, że nie można powiedzieć, że jestem piratem drogowym - z reguły nie wyprzedzam na ciągłych liniach, nigdy na przejściach dla pieszych, ani przed wzniesieniami i zakrętami, nigdy nie siadam za kierownicę nawet po małym piwie. Staram się myśleć w czasie jazdy i przewidywać, ale ograniczenia prędkości w wielu przypadkach uważam za zbędny wymysł właściciela trzybiegowej Nysy 522 bez hamulców. To znaczy - są miejsca, gdzie nawet 50 km/h to zbyt szybko, ale wiele ograniczeń jest dla mnie niepotrzebnych i nie sugeruję się nimi. Nie pojadę z prędkością "miejską" tam, gdzie nie ma pieszych wokół, gdzie nie ma szkół i dużej ilosci zabudowań. Tak samo jak nie mam zamiaru stosować się do prędkości 70 km/h na odludnym terenie, gdzie ktoś wbił sobie znak, bo taki akurat został "na stanie". Jak dotąd nie miałem jeszcze wypadku i oby jak najdłużej stan ten się utrzymał. Jak pisałem wcześniej, za kierownicą dostaję "wścieklicy". Przyczyny mojej choroby psychicznej postaram się wyjaśnić na przykładzie weekendowego wyjazdu w rodzinne strony.

Wycieczka z Krakowa na Podbeskidzie, oczami niezrównoważonego.
 
   Już zaraz po wyjściu z bloku dopada mnie atawistyczna chęć niszczenia i wyżywania sie na samochodach sąsiadów, którzy parkują tak, jakby byli sami na świecie. Teraz przed bramą do mojego garażu stoi zaparkowany przeze mnie Hyundai, więc przynajmniej można z niego (z garażu, nie Hyundaia) normalnie wyjechać i nie trzeba używać do tego zdolności kaskaderkich. Jeden powód do złości mi odpadł. Uff. Przy wyjeździe z osiedla czeka mnie włączenie się do ruchu na drogę, którą bez przerwy jadą samochody w takich odległościach, że po prostu wyjechać się nie da. Jeżeli  przestaną jechać auta z prawej strony, natychmiast pojawia się tysiąc mknących rejestracji KR z lewej. A oczywiście o tym, że ktoś z jadących przyhamuje i wypuści z podporządkowanej, można zapomnieć. Jeśli trafisz na kulturalnego kierowcę, który nadjeżdża z lewej strony i zlituje się nad tobą zatrzymując się, a ty wysuniesz się na ten pas jezdni (bo skręcasz w lewo i musiasz mieć wolne z dwóch stron), to ci nadjeżdżający z prawej gotowi są pociąć opony, połamać felgi na krawężniku i zabić dwudziestu pieszych, byle cię ominąć, byle nie wpuścić! Na zaciętych ich twarzach widzę  - "a stój sobie tam bucu do jutra! Zgaś na tej bocznej to auto, bo dziurę ozonową robisz baranie" .  I tak pędzą wszyscy, a ty prześladowany przez system, wszelkie loże masońskie i Zakład Ubezpieczeń Społecznych stoisz i czekasz, czekasz na tę jedną jedyną osobę, która wie, że naciśnięcie hamulca i mrugnięcie światłami opóźni jej dojazd do celu o całe 4 milisekundy, ale zależy jej na tym czasie, więc wpuści cię w końcu na drogę główną.
   Jest! Znalazł się ktoś kulturalny i jadę! Po 15 minutach jestem już na "Zakopiance"! Całe 500 metrów w 15 minut To się nazywa sprint! Myślę sobie - "teraz podgonię stracony czas, w końcu dwupasmówka". Wciskam się na lewy pas i...wyprzedza mnie powoli sznur aut z prawej strony, bo ... na lewym pasie, już poza miastem, jedzie sobie - przyklejony nosem do przedniej szyby - pan w Renault Thalii ! Tak sobie gna 60 km/h przyglądając się z bliska odpryskom na owej szybie i nie chce zjechać, oj nie chce... bo on za 500 kilometrów w lewo pewnie będzie skręcał, to się musi przygotować... albo nie, on po prostu jedzie tym pasem, bo na prawym mogą być koleiny i może go np. wyrzucić z impetem na barierki (a przy takich prędkościach, to już nie są żarty), a może po prostu jedzie sobie tym pasem, nie zwracając uwagi na to, że tworzy korek i furmanki wyprzedzają go poboczem, bo jest zwykłym idiotą, który nie zna przepisów ruchu drogowego i nie doczytał, że w Polsce mamy ruch PRAWOSTRONNY! W końcu udaje mi się wepchnąc na prawą stronę drogi i trąbiąc wyprzedzam palanta. Co gość robi? Jeszcze mi się odgraża, wymachując łapami i brzydko wykrzywiając swoją, i tak już brzydką, twarz. Ale ja, pirat drogowy, nie zważam na to i jadę dalej. Za moment znowu pas do wyprzedzania wlecze się "sześćdziesiątką". Powtórka - tym razem pan w Sceniku wybrał się z rodziną na piknik i podziwiają piękny krajobraz z lewej, który tworzą: skład części używanych, ze dwa komisy i serwis Dafa. Rzeczywiście, rozumiem ich - taka sceneria usprawiedliwia ... Wyprzedzam i ... znowu ... i tak do samego zjazdu na Bielsko.
    Nastepne 40 kilometrów jednopasmowej drogi nr 52 grzecznie wlokę się w ciągu aut - tu nie ma sensu wyprzedzać, bo z doświadczenia wiem, że zyskuje na tym tylko PKN Orlen i Małopolski Urząd Wojewódzki (beneficjent wpłat z mandatów). Zaoszczędzić można kilkdziesiąt sekund, stracić kilkaset złotych, a spalanie wzrasta znacznie, więc po co pośpiech?
   Kolejny odcinek, to podrzędna droga prowadząca przez Przełęcz Kocierską. Dzięki temu odcinkowi producenci klocków hamulcowych niewątpliwie podnoszą swoje wyniki sprzedaży. Najpierw kilka kilometrów podjazdu (niezbyt stromego, aczkolwiek dla wielu turystów wymagającego nieużywania innego biegu, poza "jedynką"), następnie droga prowadzi w dół (również kilka kilometrów) i przejeżdża się ją zazwyczaj z prędkością nie większą niż 20 km/h, w kłębach dymu z klocków hamulcowych auta toczącego się przed nami. Co prawda, z każdym stumetrowym odcinkiem kolumna aut prowadzona przez "wyhamowywacza" delikatnie przyspiesza, ale powodem zapewne nie jest tutaj zdobywane w trakcie zjazdu doświadczenie, lecz spalone hamulce, które tracą swoje właściwości. Gdy pedał już jest w podłodze i "as kierownicy" ma wrażenie, że wciska nogę w kostkę masła, zjeżdża ze strachem na pobocze, i ze   śmiercią w oczach zastanawia się,  w jaki sposób wezwać pomoc drogową, bo w jego aucie są przecież wadliwe hamulce... Czy na kursach nie uczą jak pokonywać wzniesienia, jak hamować silnikiem, jak redukować biegi? Bo ja takiego stylu jazdy pojąc nie mogę! A spotykam się z podanym  tu przykładem zbyt często, by uznac to za jednostkowy przypadek.
   Do celu dojeżdzam więc po około dwóch godzinach zmęczony tak, jakbym Jelczem przebył własnie trasę do Neapolu.
   W jakim celu napisałem te "przydługawe", niezbyt ciekawe i obnażające mój stan psychiczny wypociny? Tylko w jednym - nie przeszkadzają mi tak bardzo palone hamulce ludzi nie potrafiących jeździć (w końcu to nie moje podzespoły się niszczą, a wróg mechanik też chce jeść), nie przeszkadzją mi też tak mocno, chamskie, samolubne zachowania ludzi nie potrafiących wpuścić stojących w kolejce na drodze podporządkowanej. Wiele złych zachowań na drodze rozumiem i mogę patrzeć na nie z wyrozumiałością, ale nigdy nie będzie miało dla mnie wytłumaczenia tamowanie lewego pasa ruchu na drogach wielopasmowych. Tłumaczenie tego np. jazdą z maksymalną dozwoloną prędkością na danym odcinku i tym, że skoro ktoś jedzie z "przepisowym maksimum", to ja nie mam prawa go wyprzedzić ( jeden pan chciał mnie właśnie w ten właśnie sposób "uświadomić") , jest dla mnie bredzeniem równoznacznym z expose premiera. Jeśli ja chcę łamać ograniczenie prędkości na autostradzie, czy "ekspresówce" - moja sprawa! Jeśli jesteś tak gorliwy i chcesz niedopuścić do zagrożenia na drogach - jedź pod dyskotekę w sobotę w nocy i stój tam z alkomatem! Badaj, zabieraj kluczyki i dzwoń na Milicję - nie mam nic przeciwko temu, a wręcz jestem jak najbardziej za taką postawą, ale od lewego pasa won! On służy do WYPRZEDZANIA, a nie do jazdy. Czy mogłaby kiedyś wziąć się za to nasza MO?  Nie, oni nic z tym nie zrobią. Ile razy widzę radiowóz wlokący się właśnie tą stroną drogi, bo za 500 kilometrów będzie lewoskręt do McDonald's...

środa, 19 września 2012

Mechanik to Twój wróg






- Dzień dobry. Chciałem się dowiedzieć ile u pana będzie kosztowała wymiana sworznia wahacza w Accencie z 2000 roku?
- Hm..no...e... bo to trzeba zdjąć wahacz, wprasować, potem ustawić geometrię... To będzie, zaraz policzę - cześci 180, robota 200, zbieżność 200... No, jak to wszystko sprawnie pójdzie, to w jakichś 580-600 złotych się zmieścimy.
- Jeden sworzeń tyle u pana kosztuje?
- Proszę pana, tyle kosztuje, bo to jest robota skomplikowana, nie ma gwarancji, że śruby dadzą się łatwo odkręcić, a tak w ogóle tu chodzi o bezpieczeństwo na drodze! Może pan sobie szukać gdzieś taniej, ale to na własne ryzyko, a i tak pan nie znajdze!
   Taką rozmowę telefoniczną przeprowadziłem niedawno z pewnym mechanikiem w Krakowie. Zastanawia mnie, czy gość źle mnie zrozumiał i usłyszał, że mam do wymiany sworzeń w Airbusie A380, czy też facet pomyślał, że właściciel Accenta to ktoś umysłowo chory, lub ktoś, kto wie o autach tyle, że jeżdżą, trują środowisko i grożą śmiercią na każdym kroku, więc można mu wcisnąć każdy kit i na dowolną kwotę podliczyć? Oczywiście, jak można się domyślić, niezwłocznie pojechałem do niego i kazałem mu wymienić wszystkie sworznie, silentbloki i końcówki drążków. Zapłaciłem 12 tysięcy złotych, ale to nie jest ważne - to kwestia bezpieczeństwa! Czuję się bezpieczny, bo przez 2 lata będę spłacał kredyt wzięty na tę naprawę, w związku z czym nie będę miał na paliwo, a w związku z tym nie bedę jeździł, wiec jestem podwójnie bezpieczny. Mój wywód, niestety jest tak samo kretyński, jak wycena i argumenty pana "fachowca". Sworzeń zmieniłem za 100zł gdzie indziej, ale to już nie to samo, tam miałbym takie głębokie poczucie bezpieczeństwa.
  Jednym z wielu powodów tego, że auta jeżdżące po naszych drogach są w takim, a nie innym stanie jest oczywiście głupota właścicieli - tu mam na myśli tych, którzy za ostatnie pieniądze kupują "furę" i kiedy nagle okazuje się, że o dziwo, trzeba czasem coś naprawić,  nastepuje wielka rozpacz. Bo kasy brakło. Nie wspomnę tu o ubezpieczeniu, przeglądzie, wymianie rozrządu i tym podobnych wydatkach. Życie pokazuje, że na oleju można zrobić nawet i 60 tys km, a rozrząd w A6 C4 wytrzymuje do 300 tys km i/lub 17 lat. Potem wymienia się go wraz z całym silnikiem... Stare BMW serii 7 można kupić już za kilka tysięcy złotych, tylko nigdy nie zrozumiem jednego - jeżeli nie stać mnie na utrzymanie "siódemki", dlaczego chcę takie auto, a nie np. Passata B4 z LPG, który jest samochodem znacznie tańszym w eksploatacji i wybierając go, raczej nie będę zmuszony jechać do mechanika z debilnym pytaniem, czy nie ma przypadkiem używanych klocków hamulcowych na przód, bo iskrzy... (autentyk! Byłem świadkiem). Na ładne B4 "ostre szesnastki"pod dyskoteką też polecą, tylko niestety nie takie, co chcą "gangstera". Ale może za to z IQ wyższym o kilka punktów. A i kontroli policyjnych nocą mniej się zaliczy...
   Jest według mnie też inny powód, dla którego wielu kierowców rezygnuje z naprawy auta. Powód ten uwydatnia się w dialogu na początku tekstu - bandyckie, złodziejskie ceny u niektórych mechaników, ich żerowanie na niewiedzy klienta.
   Zanim znalazłem dobrego fachowca, miałem nieraz styczność z różnymi warsztatami zarówno na Śląsku, jak i w Krakowie (tu przede wszystkim). Z obserwacji krakowskich "naprawialni" wyłonił mi się  profil Pana Mechanika Z Miasta Krakowa. Podejrzewam, że podobne cechy znajdziemy też w innych miejscowościach, ale ten wbił mi się w głowę i agresją napełnia.
   Otóż Krakowski Pan Inżynier, to gość około pięćdziesiątki, często ma już następcę - swojego syna, który nie jest jeszcze tak bezwzględny, ma jednak niewiele do gadania. Pan Inżynier Krakowski Mechanik w latach 80-tych naprawiał syreny, fiaty 125p i polonezy, następnie ewoluował i teraz potrafi trochę zrobić przy nowszych samochodach (nieskomplikowanych). Wie, że w ASO drogo, więc często wycenę zaczyna od:"w serwisie to by kosztowało ... a my to zrobimy za...". W takim warsztacie mają też czasem komputer (za podłączenie i diagnozę liczą więcej niż ASO), ale taki sprzet już obsługuje syn.  Ten duet krętaczy wyczuwa laika na kilometr, a na takiego kogoś zazwyczaj czeka. No więc zjawia się "zielony" i mówi, że coś mu stuka pod autem. Filozof zaczyna snuć swoje refleksje od tego, że to może stukać wszystko. Zaczyna mnozyc problemy -  proponuje więc zacząć od rozebrania silnika i sprawdzenia, czy to nie zawór lub panewka, a może sworzeń tłoka, następnie tylne zawieszenie (to nic, że z przodu słychać - przenosi się), a na samym końcu, kiedy rachunek za usługę pozwoli już warsztatowi utrzymać się przez miesiąc, wymienia łącznik stabilizatora za 40 złotych i usterka zostaje naprawiona. Klient odbiera auto w przeświadczeniu, że spotkał znakomitego fachowca, a taki musi sobie policzyć, ponieważ wiedza i doświadczenie kosztuje oraz  ze świadomością, że nie grozi mu ptasia grypa, ani choroba wściekłych krów, bo do końca miesiąca cała rodzina "jedzie" na ziemniakach. Suchych.
   Ja zazwyczaj, po wycenie naprawy i pierwszym szoku, nie przegadywałem  się z takim "cymbałem". Stwierdzałem tylko, że źle trafił i życzyłem powodzenia w dalszym szukaniu frajerów. Ostatnio miałem podobną sytuację z tapicerem na Podgórzu, gdzie uzupełnienie gąbki w fotelu z Berlingo i przeszycie małego przetarcia (łatka w innym kolorze, bo podobnego materiału nie miał) wycenił mi na 300-400 zł (oczywiście w zależności od tego "jak pójdzie"). Powiem tyle - chwila grzebania w internecie i miałem identyczny fotel, w idealnym stanie, za 150 zł z przesyłką. Czasem warto nie dać się "omamić".
   Z przykładów innych (każdy jest trochę frajerem i ja tutaj nie odbiegam od ogółu): potrzebowałem szybko ustawić geometrię w Seicento Sportingu, pojechałem więc do pewnego serwisu Boscha. Bucowaty własciciel - taki właśnie Krakowski Inżynier - wycenił mi robociznę na 130 zł, przy okazji poprosiłem go, by sprawdził, czy dobrze dokręciłem przekładnie kierowniczą do nadwozia i kolumny oraz końcówki drążków do zwrotnicy (sam wymieniałem, a sobie ufam najmniej). Pan się nastękał, ustawił "zbieżność", przyłożył klucz do pieciu śrub i stwierdził, że dokręciłem dobrze, a na koniec, za to sprawdzenie doliczył mi jeszcze 120 zł (słownie sto dwadzieścia zł 00/100 grosza). Łącznie zapłaciłem więc 250 zł za coś, co zrobiłbym w niezłodziejskim warsztacie za 80-100 zł. Takie życie...
   I dziwić się, że auta jeżdżące po polskich drogach to najczęściej rozklekotane złomy? Po wizycie u takiego "specjalisty od drenażu kieszeni", człowiek posiadający ograniczony budżet, dostaje "machanikofobii" i jeździ autem, aż "zdechnie" ono na środku skrzyżowania i ogłosi strajk...

poniedziałek, 17 września 2012

Na licytacji u komornika - czyli praczłowiek nie zawsze nosił broń

   Wielu z Was myśli pewnie, że samochód można kupić tanio u komornika, bo przecież przy pierwszej licytacji cena startowa wynosi 75 procent ceny oszacowania, a jeśli nikt auta nie kupi, za drugim razem startuje się od 50 procent. Też kilka lat temu tak myślałem. Żyłem nawet planami, że będę jeździł od licytacji, do licytacji i kupował, kupował, kupował, a potem sprzedawał, sprzedawał i zarabiał... Znajomy handlarz mówił mi co innego, ale ja tam wiedziałem swoje. Po pierwszej aukcji, w której wziąłem udział, moje wszystkie marzenia i ideały zakopałem głęboko w jaskini.
   Przeczytałem kiedyś ogłoszenie, że dnia tego, a tego, pod adresem ... odbędzie się licytacja ruchomości jakichś tam . Wstałem więc w wyznaczonym dniu wcześnie rano, ubrałem się  - normalnie, czyli w jeansy i jakąś bluzę, wsiadłem do auta i pojechałem na miejsce. Zaparkowałem jako jeden z pierwszych, koło mnie stało tylko jakieś Audi Q7. Pomyślałem: "oj, jacyś grubsi handlarze też się szykują na moje okazje".  Wyszedłem z auta i spojrzałem za bramę, w stronę głównej ulicy. Właśnie podjechał autobus miejski. Po chwili zobaczyłem tłum wylewający się z niego i zmierzający w moją stronę. Przez moment pomyślałem, że może gdzieś tutaj będą kręcić jakiś film, a to statyści właśnie dojechali. Widok ujrzałem mniej więcej taki, jak na rysunku:

  
  Kiedy przybysze o aparycji tych ze zdjęcia powyżej przeszli przez bramę i usłyszałem ich rozmowy, już nie miałem złudzeń. Tutaj filmu nikt nie kęci, choć towarzystwo jak z planu Epoki lodowcowej 8.  
Usłyszałem fragment rozmowy. Jeden neandertalczyk mówił do drugiego:
- Te, k#rwa, zapi****laj na górę pytać, a ja k#rwa ustawiam już frajerów.
Na co kolega z sąsiedniej jaskini:
- Sam se zadu#caj po tych k#rwa schodach! Będziesz tak ustawiał, jak ostatnio i ch#j z tego będzie!
   Kiedy już "nakarmiłem ducha" dialogiem dwóch jaskiniowców i zdałem sobie sprawę, że pozostali pasażerowie autobusu MZK, zmierzający tutaj, też mówią podobnie, używając tylko innego szyku wyrazów, zrozumiałem, że będzie śmiesznie. Moj ubiór - zwykły - kolidował mocno z ekstrawanckim stylem wszystkich przybyszów. Mam wrażenie, że te 30 osób umówiło się nawet w tej kwestii. Może to jakaś rodzinka chce się zmotoryzować, a że kupują ubrania w jednej hurtowni, to wyglądają podobnie?  Jedno jest pewne - teraz już wiem jak się ubrać, by było modnie - spodnie garniturowe (koniecznie takie, pamiętające jeszcze Bieruta), do tego długa, brązowa, brudna kurtka z  ekoskóry, wyplamiona łojem z ostaniego pieczenia mamuta, trepy nad kostkę, ale szerokie, żeby spodnie częściowo tam wcisnąć, a na głowie czapa futrzana, lub ewentualnie czapka z długim daszkiem. Niektóre osobniki (te, stojące niżej w hierarchii) ubrane były w różnokolorowe dresy. Całość wizerunku stada dopełniał kończony właśnie czterdziesty tego ranka papieros, zwisający każdemu z ust. Uczta dla oczu i nosa! Zastanawiałem się tylko, czy maczug zapomnieli w autobusie , czy też mają taką zasadę, że na licytacje jeżdżą zdemilitaryzowani...
   Po jakimś czasie podszedł w moją stronę jeden taki elegancik (ten dla odmiany miał odświętny dresik) i "rozmawia" do mnie:
- Ty tu po co?
- Po auta.
Odpowiadam grzecznie na to uprzejme pytanie.
- Jak na Avensisa, to tam jest leszcz, co płaci tysąca, żeby się od niego odpie***ić. Jest dziesięciu do podziału, będzie po stówie. Ten z drugiej strony chce Skodę. Daje dwa tysiące, żeby jej nie ruszać. Piszesz się na to? Bo jak nie to będziemy w górę jechać do bólu! Nie opłaca ci się. Chodź się tam dogadać.
   Nie do końca jeszcze łapałem te całe mechanizmy, ale powoli zaczynało mi się wszystko układać w głowie. Pomyślałem sobie, że właściwie, to ja już nie chcę ani Skody, ani Toyoty, a najbardziej, to nie chcę już tu być... Ale ciekawość zwyciężyła - zostałem.
   Zaczęła się licytacja - banda troglodytów oblazła komornika i zaczęła się przekrzykiwać. Tam na serio nie było ludzi cywilizowanych. Skakali sobie do oczu, wyzywali się. Jakiś gość, wyglądający jakby zrobił sobie wycieczkę z miejsca zamieszkania, czyli dworca PKP, licytował ciężarowego Mana do bólu, po to tylko, żeby odegarać się na innym, za to że się nie "dogadali". Osiągnął kosmiczną cenę, krzyknął, że biegnie do auta po dowód i pieniądze i ... tyle go widzieli. Nie dostał na flaszkę, to się zemścił i zwiał na peron. Licytacja pozostałych samochodów odbywała się w podobniej atmosferze. Ogólnie rzezcz biorąc, to chyba nikt się nie "podogadywał", bo bili się wszyscy jak wygłodniałe psy o kość, a samochody sprzedano w takich cenach, ze bez problemu znalazłbym ładniejsze i tańsze egzemplarze na Otomoto. Dla przykładu - nieodpalany od dwóch lat Avensis z 2007 roku "poszedł" za około 40 tys. zł. I jaka to niby okazja od komornika? Nie rozumiem. Czy to działa w ten sposób, ze człowiek jak widzi tłum bijący się o coś, to tak bardzo temu ulega, że za wszelką cenę chce przedmiot walki osiągnąć? Wygrał na tym tylko komornik i wierzyciele, bo przy takich cenach, po odliczeniu kosztów komorniczych, został dla wierzycieli pewnie jeszcze jakiś ochłap.
  
  Ja też z tego festynu coś wyniosłem:

- posiadłem cenną wiedzę antropologiczną, potwierdzającą istnienie praczłowieka oraz dowody na to, ze ewolucja nie zadziałała równocześnie dla wszystkich i są jeszcze na świecie osobniki nie do końca przekształcone. Prawdopodobnie trudnią się one handlem samochodami i ustawianiem przetargów (jak zauważyłem - nieskutecznym). Nie noszą maczug.

- utwierdziłem się w przekonaniu, że mój gust w kwestii ubrań jest jakiś taki pospolity i nijaki oraz nie mam w sobie nic z prawdziwego "biznesmena".

- zrozumiałem, że wyjazd na licytację komorniczą wiąże się tylko i wyłącznie ze stratą czasu, pieniędzy na paliwo i grozi nieodwracalnymi zmianami w psychice człowieka, który już (a przynajmniej tak mu się wydaje) ewoluował.

 P.S.  Jakieś skłonności masochistyczne sprawiły, że jeszcze dwa razy byłem uczestnikiem podobnego przedstawienia i stwierdzam, że na każdej licytacji można spotkać te same gęby.
  Wspomnianym wcześniej Q7 nie przyjechał żaden "rekin handlarstwa", tylko pan komornik.